Recenzja książki “W cieniu Kazalnicy”

Recenzja książki “W cieniu Kazalnicy”

Kto spodziewał się po nowej książce Andrzeja Machnika – Młodego niewielkiej objętościowo bujdałki jest w błędzie. W cieniu Kazalnicy to literatura naprawdę wielkiego formatu i wielkiej wagi: ponad 600 stron i na pewno przeszło pół kilograma. Z pewnością nie jest co coś, co zabierzecie ze sobą do plecaka na wspinaczkę, żeby poczytać wieczorem wisząc w wielkiej ścianie na portaledge’u.

Andrzej Machnik, W cieniu Kazalnicy, Góry Books 2021 – Wspomnienia obejmują okres od końca lat sześćdziesiątych (pierwsze wycieczki w góry) po lata dziewięćdziesiąte. Zdecydowana większość to przygody dwudziestoletnich chłopaków w latach siedemdziesiątych i to właśnie środowisko wspinaczkowe z tamtych lat odmalowane jest najbarwniej, a opowieści najciekawsze i zawierające najwięcej interesujących szczegółów: zarówno obyczajowych, jak i tych o sprzęcie, patentach, gwarze wspinaczkowej, intelektualnych problematach omawianych, którymi żyli. To właśnie dla miłośników i sympatyków tych wspaniałych lat najbardziej skierowana jest książka. Życie po trzydziestce to mniej niż 200 stron. W pewnym sensie W cieniu Kazalnicy to taka wspinaczkowa wersja Pięknych Dwudziestoletnich Hłaski. Nic dziwnego, że autor do dziś ma ksywę Młody, chociaż jest przecież rok starszy od mojej mamy. Po prostu dalej nadaje na takich falach.

Książka stanowi swoisty the best of z dotychczasowych książek Młodego, takich jak Na kolanach do koryta, Kamienne lato czy Na podbój Ameryki, poszerzony o publikowane i niepublikowane artykuły (o różnej tematyce: od problematyki skali trudności wspinaczkowych po popelinę) oraz dużo nowych testów, które wszystko to spajają do kupy.

Odbiorcami książki są zdecydowanie wspinacze i ludzie gór, przede wszystkim z zacięciem historyczno-tatrzańskim. Anegdoty są barwne, ale rozgrywają się w mocno koneserskich miejscach. Nie tylko na Kazalnicy, bo razem z Młodym zwiedzamy tatrzańskie klasyki, słowackie extremné IV+, czy zakątki Żabiej Turni Mięguszowieckiej, Liptowskiej Turni, Rogatej Turni, Młynarza i innych ukochanych przez autora „cudnych manowców” czy też „kruchych zadupii” zarówno latem i zimą. W końcu najlepsze drogi to takie, których nikt nie będzie chciał powtórzyć.

Nie ma taryfy ulgowej, nikt tu nie będzie czytelnikowi tłumaczył czym się różni szczyt od przełęczy i do czego służą raki. Ja się osobiście nie wspinam i tematyka stricte wspinaczkowa jest dla mnie nieco męcząca, ale bujdałki Machnika czytało mi się całkiem fajnie. Przede wszystkim dzięki barwnemu językowi i sprawnym operowaniem szczegółem i te wszystkie fajne sformułowania z gwary taternickiej tamtych lat: od starszego koszenia po nowsze łojenie. Są tutaj te wszystkie cwangle, dupówy i wymyślnie ponazywane ręcznie robione sprzęta. Można czytając poczuć ducha czasu i miejsca, a to najważniejsze.

Pominięte zostały (na szczęście!) teksty o działalności w górach najwyższych. Czemu na szczęście? Częstym zarzutem do pisarstwa Młodego jest, że wszystko zaczyna się fajnie, jest mnóstwo barwnych anegdotek, ale niestety od któregoś momentu autor skupia się już głównie, żeby komuś dowalić lub obrazić. Może tak jest w przypadku tekstów o himalajach. Himalaizm jest dużo bardziej konfliktogenny. Nie dość, że odpowiednio większe góry wymagaja odpowiednio większego ego to rzeczy o które można się pokłócić jest dużo więcej: finansowanie, polityka wysyłania ludzi na wyprawę, dużo dłuższa akacja górska, nuda w bazie, która sprzyja żarciu się, więcej logistyki i wyborów, więcej wypadków, więcej niepowodzeń i poszukiwania winnego. W W Cieniu Kazalnicy nie ma tego wszystkiego. Tatry są dużo prostsze. Poza niewielkimi uszczypliwościami w kierunku Wojtka Kurtyki i jego bardzo udochowienego stylu bycia i pisania oraz drobnymi epizodami związanymi z towarzystwem zakopiańskiem (no ale kto nigdy nie był pokłócony z kimś z Zakopanego, niech pierwszy rzuci kamieniem) elementu konfrontacyjnego nie ma w książce dużo. A to co Machnik sądzi o biurokracji i nikomu niepotrzebnych procedurach to przecież nic kontrowersyjnego, czysta prawda.

W cieniu Kazalnicy to autobiografia z prawdziwego zdarzenia, ale autobiografia szczególna. Życie opowiedziane przez góry i wspinaczkę. Ewentualnie przygotwania do wspinaczki, czy okołogórskie życie środowiska wspinaczkowego. Praca pojawia się tam, gdzie pozwoliła zarobić na wspinaczkę. Rodzina – tam, gdzie jej losy przecinały się jakoś z górami. Najdłuższe niewspinaczkowe fragmenty to opisy jeżdżenia starą hondą po Ameryce (oczywiście pomiędzy regionam skałkowymi i parkami narodowymi). Czy życie zredukowane do jednej tylko aktywności jest ubogie? Oczywiście, że nie, kiedy ta aktywność jest najważniejsza na świecie. No bo w końcu ten Einstein… Co on w ogóle zrobił na Kazalnicy?

Hubert Jarzębowski

www.highaway.pl

www.facebook.com/highawaytravel

A książkę zakupicie tutaj: https://www.ksiazkigor.pl/produkt,w-cieniu-kazalnicy,2766.html