O Wielkiej Koronie Tatr i nie tylko…

RysyNie odkryję Ameryki, jeśli stwierdzę, że każdy z nas jadąc w góry przeżywa je na swój sposób, na swój sposób je odkrywa i poznaje. Gdy dla jednych (w żadnym wypadku nie umniejszając) pójście asfaltem do Morskiego Oka, spacer po dolinach czy oglądanie Tatr z Gubałówki będzie spełnieniem górskich marzeń, dla drugich będzie to zaledwie skromny wstęp do świata emocji związanych z przemierzaniem tatrzańskich grzbietów, przełęczy i strzelistych grani. Będzie to wspinaczka na pionowej ścianie Kazalnicy w otoczeniu przepastnych turni i pokonywanie skomplikowanych dróg wiodących do najwyższych tatrzańskich szczytów, na które nie wiedzie żaden turystyczny szlak.

Kiedy zaczynamy zdobywać wszelakie szczyty wszelakich pasm często nadchodzi taki moment, w którym chcemy jakoś posegregować, sklasyfikować, podsumować nasze dokonania. Nie bez powodu zatem powstały zbiory szczytów zwane koronami. Mamy przecież prestiżowe korony Ziemi czy Himalajów i Karakorum, mamy naszą rodzimą koronę gór polskich. Niektórzy powiedzą, że takie klasyfikacje nie mają sensu, że nie wnoszą niczego poza niezdrową rywalizacją, zaliczaniem gór, a nie ich zdobywaniem. Poniekąd można się z takimi opiniami zgodzić, wystarczy wziąć do ręki książkę ś.p. Artura Hajzera opowiadającą o zmaganiach z Koroną Ziemi, by przekonać się do czego „kolekcjonerzy koron” byli i są zdolni, żeby zapisać się na kartach historii. Ale czy można zdobyć górę nie pokonując (bez względu na styl) drogi prowadzącej na jej wierzchołek? W mojej subiektywnej opinii za sprawą takich klasyfikacji człowiek nabiera większej chęci i motywacji do wędrówek górskich, zarówno tych łatwych jak i tych skomplikowanych. Sam, zdobywając Koronę Gór Polski w roku 2014 mogłem poznać wiele zakątków naszego pięknego kraju i doświadczyć różnorodności wydawałoby się niejednokrotnie podobnych na pierwszy rzut oka pasm górskich.

Skupmy jednak uwagę na Tatrach, górach w Polsce najbardziej popularnych, najbardziej upragnionych, jednocześnie najtrudniej osiągalnych. Wędrując tatrzańskimi ścieżkami jakby automatycznie i odruchowo wypatrujemy najwyższych szczytów w otoczeniu. Na przykład będąc nad Morskim Okiem przyglądamy się potężnym ścianom Mięguszowieckich Szczytów, szukamy właściwego wierzchołka Rysów. Będąc na Hali Gąsienicowej kierujemy swe spojrzenia na najwyższe w okolicy Świnicę, Kościelec i grań Orlej Perci. Gdy zaś będziemy wędrować znacznie wyżej np. szlakiem przez Czerwone Wierchy, naszej uwadze nie umkną charakterystyczny Krywań, czy kolosalny masyw Bystrej. Dlaczego? Bo są ogromne, majestatyczne, przeciętnemu turyście mogą wydawać się niedostępne. Zapewne z tego i kilku innych powodów również Tatry swego czasu doczekały się klasyfikacji koron (Korony Tatr, Korony Tatr Polskich, Korony Tatr Zachodnich i pewnie jeszcze kilku innych). Jednak tą najbardziej emocjonującą, najbardziej wymagającą, najbardziej niebezpieczną jest zdecydowanie Wielka Korona Tatr. Smaczku dodaje jeszcze ciekawa analogia względem Korony Himalajów i Karakorum, otóż nie dosyć, że szczytów w klasyfikacji jest 14, to mają one wysokość powyżej 8000… …tyle, że nie metrów, a stóp. Wspomniana wcześniej trudność wynika przede wszystkim z dostępności tych szczytów dla przeciętnego turysty. Znakowanym szlakiem dojdziemy bowiem na 3 z nich, na Sławkowski Szczyt, na Krywań i na Rysy. Na pozostałych 11 szczytów (kolejno Gerlach, Łomnica, Lodowy Szczyt, Durny Szczyt, Wysoka, Kieżmarski Szczyt, Kończysta, Baranie Rogi, Staroleśny Szczyt, Ganek, Pośrednia Grań) bez odpowiednich uprawnień, czy bez przewodnika wchodzić nie wolno. Wielka Korona Tatr obejmuje szczyty Tatr Wysokich i brakuje w niej niestety polskiego akcentu. Wchodząc na Rysy zdobywamy najwyższy szczyt Polski, najwyższy szczyt Korony Gór Polski i jeden ze szczytów Korony Europy, ale tyczy się to jedynie wierzchołka mierzącego 2499 m n.p.m. Chcąc zdobyć szczyt na poczet Wielkiej Korony Tatr musimy przejść na położony w całości po stronie słowackiej właściwy wierzchołek Rysów mierzący 2503 m n.p.m. Jako, że dolna granica wysokości w koronie to 2438,40 m n.p.m. dosłownie o centymetry nie osiąga jej Mięguszowiecki Szczyt Wielki.

W mojej subiektywnej opinii góry dobrze jest odkrywać stopniowo w aspekcie ich trudności. Są tacy, którzy szczycą się pokonaniem Orlej Perci w trampkach przy pierwszej wizycie w Tatrach. Zazwyczaj składam gratulacje, tylko jaki ma sens ryzykowne porywanie się z motyką na Słońce? Jeśli jednak macie za sobą już większość tatrzańskich szlaków po obu stronach granicy, a ambicja kieruje Wasz wzrok w kierunku Gerlacha, Lodowego, czy inspiruje Was bliskość wierzchołka Wysokiej względem szlaku na Rysy, to dlaczego nie pomyśleć nad skompletowaniem Wielkiej Korony, jeśli tylko warunki temu sprzyjają.

Bartek

Dodaj komentarz