Matterhorn – góra niezwykła

Matterhorn – góra niezwykła

Pod koniec ponurej epoki gomułkowskiej, w dzieciństwie upływającym na szarym, okopconym sadzą Śląsku, naszą ulubioną zabawą było ganianie po stuletnich wielkich kamienicach przeznaczonych do rozbiórki po szkodach górniczych i penetrowanie zakamarków nieczynnej cegielni tuż za płotem, ongiś należącej do księcia von Pless. Wtedy to, jakimś cudem dostałem od kogoś czekoladę. To nie była zwykła czekolada, tylko czarodziejska. Na opakowaniu tej niebywałej atrakcji, widniało zdjęcie, a może obrazek, przepięknej góry.

Olśniewający obrazek, z zupełnie innego świata. Wyobraźnia dziesięcio-, może jedenastolatka otrzymała potężny impuls. We wczesnym dzieciństwie, właściwie to od początku życia, wszystkie wakacje spędzałem w Beskidach – w Szczyrku, Wiśle, Górkach Małych koło Brennej, w Jeleśni i regularnie widywałem góry od najmłodszych lat. Były wielkie, ogromne, zalesione i tajemnicze, niekiedy groźne, pełne baśniowych stworów, o których wieczorami, na ciemnym strychu, przy latarkach, opowiadali zaprzyjaźnieni miejscowi rówieśnicy.

Klasyczny widok Pn-W, od strony szwajcarskiej, grań Hoernli i ściana północna oraz wschodnia

Jednak ta góra z opakowania czekolady była zupełnie inna, była z innej rzeczywistości. Potem przyszedł czas dorastania, nagle okazało się, że wokół jest pełno dojrzewających dziewcząt, a do tego doszedł niepohamowany pęd do samodzielnego zwiedzania Beskidów, Tatr, Pienin, po kolei, systematycznie, przez długie lata. I tak, pomału, tamten obrazek, który tak mocno zapadł w pamięć, z biegiem czasu zsunął sie gdzieś do podświadomości. W tym wszystkim jednakże wyobrażenie tamtej najpiękniejszej góry, jaką można sobie wymarzyć, co jakiś czas wracało, wywoływane przy okazji oglądania rozmaitych zdjęć, czytania książek, powolnego gromadzenia wiedzy o górach. Ciągle jednak wszystko, co alpejskie, pozostawało poza zasięgiem, a tamte, ogromne i skalno-śnieżne góry – to był inny świat.

Ściana północna, ograniczona graniami Hoernli i Z’mutt, wyraźnie widoczne uwarstwienia głównej części masywu

Minęło wiele lat, zanim dziecięce marzenie mogło się zmaterializować. W rzeczywistości, góra okazała sie jeszcze większa i jeszcze piękniejsza, niż mogłem to sobie wyobrażać wcześniej. W blasku słońca i lodowców, jakie ją otaczają, pod błękitnym i jasnym niebem, wyniosła i piękna, lśniła i przyzywała nieodparcie. Potem bywałem w jej okolicach jeszcze parokrotnie i poznałem parę jej sekretów, kruche podłoże, jakby mimochodem usypaną grań północną, wielką, szarą i kamienistą pustkę dookoła, po północnej i wschodniej stronie. I solidną, spoistą ścianę południową.  Inną niż północna i wschodnia. Nie poznawałem ich jako wspinacz, ale jako obserwator. A jednak – z bliska. Na dotyk, bo pokręciłem się trochę po masywie, na ile to było możliwe. Pojawiło się nieodłączne pytanie: skąd się tutaj wzięło to cudo, ze swą dziwaczną, jakby dwoistą strukturą, gwałtownie ucięte i kruche od północy i z potężnym, długim na kilometry grzbietem, wybiegającym na południe? Jakie siły stworzyły to arcydzieło Natury? Odpowiedź na te pytania okazała się tak samo zaskakująca, jak wygląd i uroda tej niezwykłej piramidy. Krótko mówiąc, jest ona poniekąd owiana tajemnicą, która w dziwny sposób przywiązała się do całej góry, od zawsze.

Ściana południowa, od strony Breuil, ograniczona graniami Lion (z lewej) i Furgg (z prawej)

Historia geologiczna tego miejsca jest burzliwa i nie do końca jednoznacznie opisana. Skomplikowana potrójna kolizja i rozłam płyt kontynentalnych, po epickich zmaganiach kolosów trwających miliony lat, wtłoczyły przyczółek, na którym przybył ów jedyny w swoim rodzaju szczyt, pomiędzy formacje Dent Blanche i pasma Monte Rosy, a jego skaliste, wypiętrzone dzisiejsze stoki i ściany wjechały na ówczesnej płycie geologicznej, która odłamała sie jakiś czas później i rozpychając się na wszystkie strony, stała się dzisiejszą Afryką. A „mój” szczyt i jego podstawa nasunęły się na dwie już wcześniej nałożone na siebie formacje geologiczne, współtworzące dzisiejszą Europę i Azję, połączone na wieki wspólnym fundamentem. Burza wtórnych fałdowań dodatkowo skomplikowała bieg wydarzeń i w efekcie w rejonie obowiązuje teraz zasada dotycząca tamtejszych formacji skalnych: im wyżej położone, tym bardziej pochodzące z południa. Gdyby opisać to określenie skrótem myślowym, to można powiedzieć, że wysokie partie „mojej” góry, wraz z jej dumnym wierzchołkiem, przybyły do nas gotowe z Afryki. Dopiero znacznie później powstało Morze Śródziemne, po rozerwaniu sie płyt macierzystych i pokonaniu przez dzisiejszy Atlantyk wąskiego przesmyku skalnego, który łączył przylądki dzisiejszej Cieśniny Gibraltarskiej. Wody ówczesnego oceanu z impetem wdarły się do ogromnej rozpadliny leżącej na wschód, wypełniając ją błyskawicznie, jako Morze Śródziemne. Moja czarodziejska góra straciła kontakt ze swoją geologiczną ojczyzną. Agresywna płyta afrykańska nadal napiera od południa, wrzynając się pod Europę, a jej groźne pomruki do teraz słychać i widać w wulkanach Santorini i jego sąsiadach. Osamotniony szczyt moich marzeń, pozbawiony bliskich sąsiadów, dziwnie wyróżniony, jakby wyodrębniony z łańcucha Alp, ostatecznie ukształtowany przez lodowce i erozję, króluje dziś niepodzielnie nad swoją maleńką ojcowizną i nad swoim orszakiem, w jego postaci zaklętej w skalny grzbiet opadający ku Dolinie Aosty. Stoi wyniosły na swojej skromniutkiej dziedzinie, którą przyniósł ze sobą przed milionami lat. Wielka i piękna piramida, spojona lodowo-skalnym rdzeniem. Wspierana subtelną w swej potędze, wiecznie zamarzniętą strukturą, która teraz jest zagrożona, jak nigdy dotąd w swojej historii, przez ocieplający się klimat. Jak na ironię – w cieplarnianym efekcie przewidzianym przez Johna Tyndalla, genialnego fizyka i zdobywcę jednej z najśmielszych turni w południowej ścianie olbrzyma. Matterhorn.

Michał Pyka

fot. archiwum Michała Pyki

Uskok w grani Hoernli, początek drogi wspinaczkowej, wejście w ścianę. Widoczna figurka Matki Boskiej w skalnym zagłębieniu uskoku.
Zdjęcie wzdłuż grani Hoernli, od podstawy wejścia na drogę wspinaczkową, w perspektywicznym skrócie. Do wierzchołka pozostaje ok. 1230 m deniwelacji
Widok z grani Hoernli w stronę Monte Rosa i Lyskamm, kamienista morena między masywami nosi ślady swej burzliwej historii.
Fotka 4
U podstawy wschodniej krawędzi północnej ściany, lita skała, w tle Dent d’Herens.
Widok od południa, wraz z grzbietem opadającym ku Dolinie Aosty

Dodaj komentarz