Matterhorn – góra niezwykła. Część II – podróż na podwórko giganta

Matterhorn – góra niezwykła. Część II – podróż na podwórko giganta

Przepiękna góra, której wizerunek poznałem  z opakowania czarodziejskiej czekolady pół wieku temu, od tamtego dnia fascynuje i przyciąga niezmiennie. Mijają lata, niedostępność przepaścistych grani i nieosiągalność wierzchołka rosną dla mnie wraz z upływem czasu, ale piękno i majestat oraz burzliwa historia Matta, same w sobie są wystarczająco inspirujące, na tyle, że nawet nie myślę o podjęciu próby wejścia na wierzchołek, którąś z łatwiejszych grani. Od wielu lat, mniej więcej od Szczytu Ziemi w Rio, w roku bodajże 1990, w swojej pracy zawodowej interesuję się emisją gazów cieplarnianych, a jako energetyk czuję się wręcz zobowiązany do pracy na rzecz jej redukcji.

Matterhorn od zachodu
Matterhorn od zachodu

Temat ostatnio stał się bardzo gorący (cóż za zbieżność przenośni z faktami), a tak się składa, że wielki, genialny fizyk John Tyndall, który w swoim laboratorium po raz pierwszy udowodnił, że nawet śladowe ilości CO2 w powietrzu pochłaniają duże ilości ciepła, podnosząc temperaturę ośrodka, czyli – atmosfery Ziemi, co później nazwano „efektem cieplarnianym” (Greenhouse Effect) otóż – ten właśnie John Tyndall był wybitnym alpinistą w czasach wielkich inicjacji w Alpach Pennińskich. Na swoich profesorskich wakacjach spędzał czas w surowych, nieznanych i niedostępnych w owych czasach górach, gdzie nie było szlaków, wytyczonych dróg wspinaczkowych, ba – nie było nawet pierwszych wejść, a Matterhorn był wówczas oficjalnie uważany za górę niemożliwą do zdobycia. Była to połowa XIX wieku, a więc całkiem niedawno (wszak mój dziadek urodził się w 1878 roku), a wszystko wyglądało aż tak odmiennie od tego, co widzimy dziś. Mimo to, śmiałkowie podejmowali próby wejścia na tę wyzywająco piękną górę, z różnych stron. Jednym z nich był odważny i już doświadczony we wspinaniu mikstowym John Tyndall. Prawie równolegle z próbami Edwarda Whympera – pierwszego zdobywcy Matta granią Hoernli – Tyndall podejmował swoje próby od strony południowej, podchodząc równie naturalną drogą, czyli granią Lion. Nigdy nie dotarł na wierzchołek, ale wyposażony w niemiłosiernie ciężkie konopne liny i żelazne haki, dotarł do pierwszej wybitnej kulminacji grani Lion, do punktu który dzisiaj nazywa się Pic Tyndall. Jak wiadomo, od tego miejsca kończą się żarty, a zaczynają schody, kopuła szczytowa od dzisiejszej włoskiej strony jest bardzo wymagająca.

Ściana wschodnia i północna
Ściana wschodnia i północna

Droga Whympera od północnego wschodu okazała się bardziej osiągalna i ostatecznie szczyt zdobyto 150 lat temu, ale za ogromną cenę – z pięciu zdobywców z zespołu Whympera, trzech zginęło w zejściu, wśród nich – szwajcarski przewodnik, wskutek fatalnego błędu asekuracyjnego, jak nazwalibyśmy to dzisiaj. Niewykluczone, że zespół zdobywców pod wodzą Whympera postawił się w tak niezrozumiałej sytuacji, wskutek niedotlenienia, co po wielu godzinach morderczej akcji na prawie 4,5 tys. m n.p.m. jest całkiem możliwe, więc w efekcie błędnej oceny sytuacji i własnych możliwości, wspinacze popełnili niedopuszczalny i tragiczny w skutkach błąd, puszczając przewodnika przodem, w zespole trzech osób związanych liną w systemie asekuracji lotnej, zamiast kazać się asekurować na sztywno, od góry. W tamtych czasach prawie nic nie wiedziano o roli aklimatyzacji i o fatalnym wpływie jej braku na sprawność umysłową i zdolność oceny sytuacji. Idący przodem, czyli najniżej, przewodnik potknął się gdzieś ponad Ramieniem i cały zespół runął w półtorakilometrową przepaść.

Szczyt (W)
Szczyt (W)

Whymper wraz z partnerem z trudem dotarli granią Hoernli na dół i zdobywca do końca życia zmagał się z zarzutami ze strony postronnych „znawców” i samozwańczych sędziów, którzy znali całą tę historię tylko z plotek i opowiadań, a górę z rysunków i nielicznych zdjęć. John Tyndall ukończył swoją eksplorację na otwarciu drogi przez Col del Leone i Cresta del Leone (Liongrat) i chociaż utknął na dzisiejszym Pic Tyndall, po czym musiał zawrócić, to jego ideę dokończono w następnym sezonie, otwierając tym samym drogę włoską. Warto wspomnieć, że Tyndall był pierwszym zdobywcą Weisshornu, czterotysięcznika położonego nieopodal Matta. I tu zaczyna się nowy wątek: Weisshorn, jak sama nazwa wskazuje, był pokryty wiecznymi śniegami i po prostu – biały. Trudna, eksponowana, piękna góra. Ówczesny Matterhorn również skuty był lodem i pokryty wiecznym śniegiem, tak bardzo charakterystycznym dla Alp i ich pięknych krajobrazów. Niestety, obecnie – w efekcie globalnego ocieplenia, które Tyndall przewidział ponad 150 lat temu – krajobraz Alp, jak i wizerunek samego Matterhornu, ulegają nieodwracalnym zmianom. W niektórych miejscach zanik lodowców jest bardzo wolny i słabiej zauważalny, ale są miejsca, również w rejonie Matta, gdzie efekt ocieplenia jest bardzo wyraźny. Pisałem o tym w poprzednim odcinku i w kilku innych tekstach na tym blogu, na portalach górskich i na Facebooku, więc nie chce się powtarzać, przypomnę tylko, że obecnie Matt jest wyposażony w system czujników, wpuszczonych w głąb góry, dla rejestrowania temperatury wewnątrz skalno-lodowego rdzenia masywu i dla rejestrowania reakcji sejsmicznych, nawet mikroskopijnych. Cały teren wokół tej niezwykłej góry jest ostatnio bardzo aktywny, ślady licznych obrywów lodowcowych i skalnych są niezliczone, sam byłem świadkiem kilku obrywów lodowców po zachodniej stronie masywu, w ciągu zaledwie kilkunastu godzin pobytu w tym miejscu. Huk spadających fragmentów lodowców i skał po upalnym dniu, co kilka godzin przecinał ciszę zachodniego sanktuarium giganta, przypominając o tym, co człowiek robi ze swoją planetą. A przecież w skali globu, jest to tylko drobniuteńki symptom gigantycznego zjawiska ocieplenia. Niezwykle irytujące jest to, że ciągle są ludzie zaprzeczający istnieniu tego zjawiska, albo podający, jako dominujące, przyczyny ocieplenia inne, niż kumulacja gazów cieplarnianych w atmosferze. Z pewnością, lokalnie – na przykład na Grenlandii, nie bez znaczenia jest ciepło geotermalne, ale tam zanikają lodowce na poziomie morza, a tu – ponad bajecznym Zermatt – topnieją, parują i sublimują gigantyczne masy lodu trzy, cztery kilometry nad poziomem morza i to w stopniu zastraszającym.

Morenowe okolice Matterhornu
Morenowe okolice Matterhornu

To samo dotyczy całych Alp, znikają ogromne połacie lodowców, a archeolodzy co rusz znajdują pozostałości i artefakty, które przetrwały pod wiecznym lodem, znacznie ponad pięć tysięcy lat. To zjawisko pokazuje wyraźnie, jak szybko następuje obecna zmiana klimatu i jest aż nadto dobitnym dowodem na to, że nie mamy do czynienia z procesem naturalnym. W naturze, nie licząc impaktowych kataklizmów, nic nie dzieje się tak szybko, jeśli chodzi o zmiany klimatu. Wszystkie dotychczasowe naturalne ocieplenia i ochłodzenia zachodziły setki, jeśli nie tysiące razy wolniej, niż obecne. Ponieważ na Ziemi nic ostatnio nie wybuchło ani nie walnęło odczuwalnie w skali globu, żaden superwulkan ani meteor, ani nawet kometa, więc nie ma innego uzasadnienia dla tak radykalnego przyspieszenia ocieplania klimatu, że dosłownie na naszych oczach znikają z powierzchni Ziemi miliardy ton lodu, co wymaga niewiarygodnie wielkich ilości ciepła, a przecież Słońce jest wyjątkowo mało aktywne od parunastu lat. Co zatem roztapia alpejski lód? Dlaczego pozostające w górach lodowce – niegdysiejsze połyskujące światłem brylanty Alp – widziane z pewnej odległości dzisiaj, mają odcień barwy roztopowego śniegu w marcu w moim ogródku w Polsce? Dlaczego alpejski śnieg na 4 tys. m n.p.m., konsystencją i odcieniem przypomina chodnik zimą w Katowicach, po posypaniu go solą? Smutne wrażenie robią Alpy – czarne, bezśnieżne, bardziej przypominające Mięguszowiecki latem, niż to, co pamiętam ze zdjęć alpejskich olbrzymów, oglądanych w dzieciństwie, a nawet jeszcze 15-20 lat temu, na żywo.

Taeschhorn i Dom - bez lodowców...
Taeschhorn i Dom – bez lodowców…
Wróćmy jednak do Matterhornu – góry niezwykłej. Postanowiłem w tym roku odwiedzić podwórko giganta – rejon jego zachodniej ściany. To właśnie tam widać całą jego potęgę. Rejon najmniej popularny wśród turystów, gdyż dość odległy i trochę trudno dostępny, jeszcze niedawno wymagający kondycyjnie i technicznie, nawet na poziomie spacerowo-turystycznym. Co prawda są tam schroniska CAS, ale trzeba się trochę wysilić, żeby do nich dotrzeć. No i właśnie teraz, po wielu latach od mojej pierwszej wizyty w rejonie Zermatt, przyszła kolej na

 zaplecze Matterhornu, z ambitnym zamiarem przekroczenia odnogi zanikającego lodowca Z’Mutt i przetrawersowania skalnym terenem jak najdalej na zachód, żeby zrobić fajne, frontalne zdjęcia ściany zachodniej. Na najświeższych zdjęciach satelitarnych wszystko wyglądało całkiem przyzwoicie, wyruszyłem w drogę pełen optymizmu, z gotowym planem fotograficznym w głowie. Co tam – myślę sobie – przekroczenie kilkudziesięciu metrów w poprzek lodowczyka, całkowicie zasypanego skalnym rumoszem (debris) to będzie pikuś, a spod stoku, albo nawet z grani jakiejś skalnej grzędy po drugiej stronie, będę miał świetny wgląd w kocioł Tiefmattengletscher i na cały obszar zachodniej ściany Matta. Jednak rzeczywistość bardzo mocno mnie otrzeźwiła. Pierwotny zamiar przetrawersowania z moreny  poprzez lodowczyk, ku podstawie grzędy skalnej naprzeciwko, okazał się niewykonalny w pojedynkę i to z dwóch powodów. Po pierwsze, morena jest sypka i bardzo niestabilna, ma konsystencję świeżego żwirowiska i nawet chodzenie po jej górnej krawędzi jest niepewne, gdyż ścieżka tamtędy wiodąca co kilkadziesiąt metrów znika, przerwana świeżym obrywem i trzeba trawersować niżej. Wyraźnie widać to na ostatnim zdjęciu.

Autor tekstu z Matterhornem w tle
Autor tekstu z Matterhornem w tle

Po drugie, sam lodowczyk, dokumentnie zasypany kamieniami (debris) jest spękany i zdradliwy, nikt nie wie, co jest pod butami, co kawałek spod kamieni i lodu widać jeziorka o nieznanej głębokości. Ten stan rzeczy obrazuje zdjęcie po prawej stronie. Musiałem zatem zaniechać ambitnego zamiaru podejścia dalej na zachód i zadowolić się stanowiskiem fotograficznym na morenie bocznej, w miejscu, do którego można było dojść solo, bez naruszania elementarnych zasad zdrowego rozsądku. W ten oto sposób dotarłem do wymarzonego miejsca, z którego widać zachodnią ścianę Matterhornu. Bez sprzętu i sam, więc pójść dalej raczej się nie dało. Jestem pod wrażeniem potęgi tej góry. O ile powszechnie znane niezliczone zdjęcia od strony północno-wschodniej w szczególny sposób podkreślają szlachetne piękno Matterhornu, o tyle jego zachodnie otoczenie jest demonstracją potęgi i bardziej surowego piękna tej ogromnej góry. Stojący tuż obok czterotysięcznik Dent d’Herens i pozostałe szczyty grani okalającej zachodni kocioł za Matterhornem, podkreślają jego niezwykłość, formując swoisty orszak tego niezaprzeczalnego króla szwajcarskich Alp.
A może nawet i całych Alp w ogóle…..

Tekst i zdjęcia: Michał Pyka

https://michalpyka.blogspot.com/

materiał chroniony jest prawami autorskimi

Tutaj pierwsza część tekstu:

Matterhorn – góra niezwykła