Kiedyś… cz. IV

Kiedyś… cz. IV

Rodzicom…

Dom był stary, a widziany oczami siedmiolatka wydawał się ogromny. Wielkie, ciężkie, dwuskrzydłowe ozdobne odrzwia wpuszczały do długiego, wysoko sklepionego korytarza biegnącego na przestrzał, ku przeciwległym drzwiom, wiodącym na drewniany ganek i potem do schodków na podwórko poniżej.

IMG_3320

Podłoga korytarza była wyłożona płytkami we wzór przypominający kościelne posadzki, a w środku długiej ściany po lewej stronie znajdowały się wysokie, ciężkie drzwi zawieszone nad również wysokim progiem. Wszystko od pierwszego spojrzenia przesycone było fascynującą tajemnicą i zagadką, zapach i klimat tego miejsca na zawsze już będą mi towarzyszyć. Przez owe wielkie drzwi po lewej, wchodziło się na dwubiegowe, skręcające drewniane schody, które skrzypiąc wiodły na tajemnicze piętro, a właściwie – wielki strych, z jednym, wyodrębnionym, mansardowym pokojem. To był nasz pokój. Zapach strychu to zapach starego nagrzanego słońcem drewna i upojna woń siana, zapachy nagromadzone pod skomplikowaną, masywną więźbą, podtrzymującą pradawne dachówki z ceramiki i ozdobioną suszącymi się zawsze ziołami i grzybami. Pokój na piętrze też był długi i wąski, na drugim jego końcu, przeciwległym do wejściowych drzwi było okno, a pod ścianami po bokach stały pojedyncze, wielkie łóżka, ze spiętrzoną, puchową pościelą, obleczoną w nieskazitelnie białe, wykrochmalone i misternie szydełkowane poszwy. Podłoga z surowych desek nakryta prostym, skromnym, typowym chodnikiem utkanym z jakiegoś grubego włókna, nie pamiętam co to było, ale pamiętam tradycyjny góralski wzór, jakim ten chodnik był przyozdobiony. Do tego stół, ciężkie zabytkowe krzesła i trójnóg z miednicą, pod którą stało wiadro i dzban na wodę. To była umywalnia. Spartańskie warunki i czystość, ale właśnie o to chodziło na wakacjach. Dom raczej przypominał mały i skromny dawny dworek, niż wiejski dom w ubogiej beskidzkiej wiosce.

100_4186

Okazały, murowany, idealnie symetryczny, dostojnie elegancki i bardzo zagadkowy. Obmurza okien były ozdobione sztukaterią, misterną i jakby z innego świata, dalekiego, nie stamtąd. Zaraz za domem, za podwórkiem bez płotu, zaczynała się olszyna z niewielkim płytkim stawkiem, a za olszyną płynęła Brennica, rwąca, zimna i krystalicznie czysta. W Brennicy roiło się od ryb, zwłaszcza pstrągów, a za rzeką zaczynały się góry.

100_4183

Najbliżej nas piętrzyły się trzy szczyty, dla nas – dzieci – wielkie i niedostępne, odległe, owiane tajemnicą. Małe góry – Zebrzydka, Wielki Cisowy, układające się w grzbiet wybiegający z nieodległej Błatniej w kierunku Skoczowa. Przecież to tylko pagórki!… Tak, ale nie wtedy i nie dla nas. Wcześniej widywałem większe góry, Skrzyczne, Baranią, a nawet Pilsko, z bardzo daleka, bo z okolic Jeleśni. Nie wiem dlaczego akurat ten nader skromny zakątek, podsumowany Zebrzydką, tak mocno zadziałał na dziecięcą wyobraźnię. Może to dlatego, że dom w którym kilkakrotnie spędzałem całe dwumiesięczne wakacje i zawarłem pierwsze przyjaźnie z miejscowymi dziećmi, był taki tajemniczy i dostojny? Może to dlatego, że Brennica, w której lodowatej wodzie kąpaliśmy się co chwilę, w zagłębieniu wypłukanym przez rzekę pod progiem regulacyjnym, tworzącym dwumetrowy wodospad, gdzie można było troszkę popływać i gdzie dosłownie ocieraliśmy się co chwila o zabłąkane, zdezorientowane pstrągi, starające się przeskoczyć ów wodospad? Tamte, maleńkie w istocie, beskidzkie górki przepełnione bytami z opowieści moich rówieśniczych przyjaciół, były czymś więcej, niż tylko wyniosłymi kawałkami Beskidów, były mieszkaniem tajemnicy, strzyg, utopców, zmor i innych bajkowych stworów, w których istnienie wtedy jednak trochę się wierzyło. W nocy były straszniejsze, ale też bardziej nęcące, niż w dzień. Ileż to wieczorów do późna błąkaliśmy się przy światełkach latarek po naszej olszynie i wzdłuż Brennicy, próbując wypatrzeć choćby poblask, jaki z pewnością te stworki musiały dawać… Ileż grzmotów, błyskawic, ulewnych deszczów i silnych beskidzkich wiatrów przeczekaliśmy na pachnącym rozgrzanym drewnem i ziołami strychu, snując opowieści o beskidzkich zjawach i czytając na przemian, a to Morcinka o strzygach, a to Karola Maya – książki o naszym idolu Winnettou i szlachetnym Old Shatterhand’zie. Tak, bez wątpienia Beskidy zapanowały nad naszym dzieciństwem, a ten tajemniczy i niezwykle dobry, przesycony ciepłem i gościnnością stary dom pod Zebrzydką, to jest chyba najbardziej wyraziste wspomnienie z tamtych lat.

W ozdrowieńczym podskrzyczeńskim lesie

Tylko ogromna burza, jaką przeżyłem w krzesełku na wyciągu na Skrzyczne, kilka lat wcześniej, jako czterolatek wtulony w ramiona mamy, na krzesełku wiszącym kilka metrów nad ziemią, unieruchomionym – z konieczności – przez obsługę kolejki na czas wyładowań, wryła się w pamięć tak samo mocno, jak tamten dom, olszyna, Brennica i Zebrzydka. Tamta podskrzyczeńska nawałnica to był żywioł, rozgrywający się tuż obok bezradnego dzieciaka wtulonego w kurtkę nieco przestraszonej mamy. Pamiętam, że się nie bałem. Powiedziałem nawet mamie, że się nie boję, bo jestem z nią. Tak, to pamiętam, nawet kolor mojej kurteczki z kapturkiem na zamek błyskawiczny zapamiętałem. Burzę też. Odległy, ponury masyw Klimczoka i potężne błyski pomiędzy nami a nim. I huk grzmotów przetaczających się w te i wewte przez nagle pociemniałą dolinę Żylicy. Od tamtej pory, już jako dorosły człowiek, przeżyłem w górach wiele burz, niekiedy naprawdę bliskich i niebezpiecznych, jak choćby ta na grani podszczytowej Gerlacha, w zespole związanym mokrą liną, obwieszony szpejem, na nagiej skale, pośród grani bombardowanych błyskawicami, ulewą, gradem i owiewanych lodowato zimną mgłą, wirującą szaleńczo na dzikim wietrze. To nasz przewodnik obawiał się o nas, dla mnie nie było to wiele więcej ponad to, co już kiedyś przeżyłem w wieku czterech lat… W taki sposób to działa. Bądź co bądź niebezpieczna gerlachowa sytuacja, zaskoczenie przez tak gwałtowną niepogodę rozszarpywaną piorunami, w tak eksponowanym miejscu jest groźne, ale nie trzeba od razu bać się ponad miarę. Wycofaliśmy się w pośpiechu, ale bez paniki, w czeluść Żlebu Batyżowieckiego. Tak, jak tego wymagał zdrowy rozsądek. Emocje – na potem. Dekady wcześniej, drobny czterolatek uwięziony w środku ciemnogranatowej nicości, nad ziemią wraz z mamą, w połowie odcinka z Jaworzyny do dolnej stacji, dobrze to zapamiętał. Zrozumienie przyszło nieco później, wraz z wiekiem, ale przygoda się zapamiętała, a wnioski na przyszłość wyłoniły się same. Wyciąg na Skrzyczne był wtedy nowy, jednomiejscowe krzesełka – nie pamiętam, czy działały tylko na pierwszym odcinku, tym na Jaworzynę, czy już na obydwóch – i tak wystarczył na ciekawą przygodę.

W tle Skrzyczne

Szczyrk był małą, cichą, gościnną wioską, a z polany za leśniczówką widać było ogromny masyw Skrzycznego. Na dwa wakacyjne miesiące uciekaliśmy tam z zakopconych Katowic, które wtedy na chwilę dla Ślązaków długą jak wieczność, były Stalinogrodem, miastem na kilka lat odartym z tożsamości i historii. To było na tyle dawno, że teraz trudno rozróżnić wspomnienia od wyobrażeń i snów. Jedynie zdjęcia z tamtych lat, robione przez tatę, pozwalają ocalić i jakoś z grubsza uzupełnić oderwane fragmenciki wspomnień. Jednak coś z tamtych kolejnych miesięcy spędzanych w Szczyrku w najwcześniejszym dzieciństwie, pozostało w głowie samoistnie. Mgliste wspomnienie kokluszu, który przeszedłem podczas wyjazdu tam właśnie, w pokoju na poddaszu u górali zaprzyjaźnionych z moimi rodzicami, zapach ziół, którymi leczyła mnie babcia naszej gospodyni, „do tego tam jakisi jancybiotyka, Pani Pykowo”, a nawet układ sprzętów i kształt okna w tym pokoju.

Centrum Szczyrku, lipiec 1958 – widoczny budynek PTTK
Ulubieniec góralek…. W tle – Skrzyczne

Eteryczne górskie powietrze i zioła pomogły mi szybko wyjść z tej nieprzyjemnej sytuacji i to wtedy góry po raz pierwszy okazały mi swoją dobroć. Najdalsze wspomnienia, mocno zatarte, ale wspierane opowieściami mamy i zdjęciami taty, to jest właśnie Szczyrk, wpisany między Skrzyczne i Klimczok, kochany, cichy i jedyny, to kamyki wrzucane do Żylicy przez kilkuletnie dziecko w sandałkach, szum wodospadu, burza, koklusz, zioła babci-góralki i okno z widokiem na wielkie góry i na pachnący las.

W tle – próg na Żylicy

Kiedy w kilka lat później, ciągle jeszcze jako dziecko, przeczekiwałem kolejne ulewy i dudnienie gromów w nieodległych górach, na bajecznym strychu starego domu opodal Brennicy, w towarzystwie rówieśniczych przyjaciół, opowiadałem im o tej burzowej przygodzie spod Skrzycznego, a mama która czasami do nas zaglądała na ten strych, wszystko potwierdzała. No bo to była prawda. Spod Zebrzydki pod Skrzyczne i do Szczyrku, jest daleko, obojętnie, czy wybierze się pięknie widokową drogę przez Błatnią i Klimczok, czy krótszą i łatwiejszą, ale przez las – przez Karkoszczonkę, to i tak jest to kawał drogi, tak samo wielki, jak względnie wielki był wtedy kawał czasu oddzielający dwa ówczesne dziecięce wspomnienia: przygodę pod Skrzycznem i sierpniowe nawałnice nad Brennicą, na strychu w tajemniczym, starym i miłośnie gościnnym domu pod Zebrzydką, na której mieszkają strzygi i zmory. A tamte, późniejsze gromienia – na Gerlachu, Suchych Czubach, Jaworzynie Krynickiej, grani Cresta Strenta tuż pod Piz Boé, czy nad Dubraszką, no to już było o całe eony później. W innej rzeczywistości. W zupełnie innej.

Michał Pyka

zdjęcia arch. Michała Pyki

Na Zebrzydce, na której straszy…..
Nad pobliską grań Cresta Strenta zaraz nadciągnie nawałnica. Znowu spotkamy się oko w oko.
Za godzinę – dwie, będzie się działo nad Dubraszką
Ongiś samotna willa w lesie, podobno tutaj nauczyłem się chodzić. Dzisiaj biegnie tędy ulica Olimpijska.

Dodaj komentarz