Kiedyś… cz. II

Kiedyś… cz. II

Jest we mnie jakaś dziwna, nieodparta i przekorna pokusa, żeby internetowo zderzyć swoje stare, wyblakłe i zakurzone tatrzańskie przeźrocza, z supernowoczesnymi zdjęciami z nasłonecznionych megaścian Karakorum i Himalajów, z tymi nowymi zdjęciami robionymi przez wielkich skalnych wojowników, czy to z ręki, czy z dronów lub innych gadżetów.

Basi, za czarowne zdjęcia…

tekst i zdjęcia: Michał Pyka

To jest taka forma przekory fotoamatora starej daty, wielbiciela polskich gór, podziwiającego – owszem – dokonania wysokogórskich wyczynowców i widoki, które nie każdemu są dostępne, w kontrapunkcie do powoli zadeptywanej finezji Tatr. Ilekroć oglądam w Internecie kolejne, coraz bardziej niewiarygodne zdjęcia z gór, których nigdy nie widziałem i nie zobaczę, a przyznaję, że niektóre dzieła fotografii są genialne, tym bardziej ciągnie z powrotem na Liliowe, na Kozi Wierch, czy nad Staw Smreczyński, do skałek Jury, a nawet na Pilsko, Babią, czy na Stożek w Beskidach, choćby po to, żeby przekonać się, że okruchy serca które tam zostawiłem przed dekadami, nadal tam są. Żeby teraźniejsza łatwość obcowania z obrazami z innych stron świata nie wyrwała nas z korzeniami z tych miejsc, którym aż tak wiele zawdzięczamy – całe nasze pokolenie, ale również i dzisiejsze młode pokolenie.

Jest jakaś bardzo daleka analogia między wapiennymi zerwami Czerwonych Wierchów po zachodniej stronie Liliowego i granitowymi krzesanymi ścianami Świnicy i Niebieskiej Grani, po stronie wschodniej, a wyniesionym tytanicznymi siłami dnem praoceanu, zwieńczonym Everestem i wykrystalizowanymi w tektonicznym tyglu, a wreszcie z  granitowymi i gnejsowymi formacjami wokół Baltoro i K2, na drugim końcu tamtego niezwykłego miejsca na Ziemi.

IMG_0568a

IMG_0553

Z Przełęczy Liliowe jawi się taka geo-subminatura, zwierciadlane mikroodbicie tamtego dalekiego zderzenia potężnego łańcucha Himalajów i Kakakorum. Nawet życie roślinne w Tatrach układa się trochę podobnie. Skalista pustynia Tatr Wysokich w odróżnieniu od śmielej sobie poczynającej roślinności w łańcuchu zachodnim, gdzie jest więcej życia i gdzie sięga ono wyżej, chociaż wydawałoby się, że wcale nie jest mu tam o wiele łatwiej.

Nie chodzi mi zupełnie o wnikliwe analizy geologiczne, czy botaniczne, bo to nie moja bajka. To tylko zwykłe spostrzeżenie starego turysty.

Bo niby cóż wspólnego mogą mieć azjatyckie giganty z „najniższymi z wysokich gór świata”? Owszem, mogą. Niebo, pod którym stoją i na którego tle prezentują swoją okazałość, każde z nich w swojej własnej skali. Skyline. I powietrze które orzeźwiają chłodem swoich skał i lodu. I gwiazdy, ku którym kierują nasz wzrok, każdemu według wyobraźni. I Słońce, którego coraz bardziej więzione w ziemskim środowisku ciepło ma też narastający wpływ na to, co się w nich dzieje. Zwłaszcza w tych górach naprawdę najwyższych. Tam, gdzie rozzuchwalony prąd strumieniowy wypędza z gór najlepszych i najwytrwalszych himalaistów. Tam, gdzie zanikające lodowce przemieniają się w mordercze lawiny i w siatkę podstępnych i coraz większych szczelin, a odsłonięte spod lodu, spękane pod wiekowym uciskiem skały lecą w dół. Tam, gdzie uwalniana spod ciężaru lodu skorupa ziemska zaczyna drżeć, wysyłając zabójcze sygnały ku groźniejszym uskokom, biegnącym niżej, pod dolinami, a więc głęboko pod sadybami ludzi.

Nam to na razie nie grozi. Ostatnie reliktowe lodowczyki Tatr, jak choćby ten w Bańdziochu, czy pod Bulą, też kiedyś znikną na zawsze, ale nic się z tym nie będzie wiązać. Poza nieznaczną zmianą krajobrazu.

IMG_0507a

20140919096a

IMG_0584

No i te zupełnie różne góry mają jeszcze jedno wspólne – coraz bardziej niepokorną i nieprzewidywalną pogodę. Każdy z tych łańcuchów górskich – w swojej skali. W Tatrach od nagłej niepogody można zmoknąć i się przeziębić, jak ktoś chce – to mocno. Można też oberwać piorunem, pobłądzić, potknąć się albo spaść z lawiną, ale to już trzeba bardzo chcieć i za nic nie słuchać nikogo mądrzejszego. Za to tam, dużo wyżej, gdzie wszystko, co w ruchu, jest nieskończenie bardziej dynamiczne, te same zawirowania pogody mogą zrobić o wiele więcej. Aż do ostateczności. Czy to jest podobieństwo? Owszem, w swojej skali. Proporcjonalne. W takiej samej skali, jaka określa skalę wędrówek po tych dwóch, pod każdym względem odległych światach.

Przechodząc Liliowe z zachodu na wschód albo ze wschodu na zachód, zmieniamy scenerię, zmieniamy klimat i doznania. Wchodzimy do innej przestrzeni, udekorowanej innymi skałami i wypełnionej różnymi zapachami powietrza. A jesienią – malowanej barwami o podobnych odcieniach, ale o różnej intensywności. Idziemu ku skałom, lub ku krzewom, prawie że nie zmieniając wysokości. Niepostrzeżenie schodzimy z traw na kamienie, albo odwrotnie. Zmieniamy didaskalia i kontakt z górą. Zawsze tak było. Zawsze był wybór: czy najpierw Stara Robota, czy Kozi? Kominiarski, czy Granaty? Wąwóz Kraków, czy Pusta Dolinka? Ornak, czy Murowaniec? Który świat zwiedzamy w tym sezonie najpierw? Dobrze, ze Tatry dawały i nadal dają taki wybór.

No więc jak dzisiaj będzie: Ama Dablam, czy Trango Tower?…

Potężne krzesanice Kościelca widziane ze Świnicy. 1979
W sercu Pustej Dolinki, tam, gdzie w nocy straszy. W tle – upiorne zerwy Zmarzłej Przełęczy

Kopuła szczytowa Świnicy z trawersu przez ramię. Dojście od strony Kasprowego W.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dodaj komentarz