Etyka “morsowania”

Długo zastanawiałem się czy napisać ten tekst i tym samym zabrać głos w dyskusji o, nazwijmy to ogólnie, zimowej aktywności w górach. Wszak nie poczuwam się do roli eksperta, czy nawet osoby przesadnie doświadczonej w tym temacie. W sumie czas, jaki spędziłem zimą w górach mogę liczyć raczej w miesiącach niż latach, a czas, kiedy realizowałem zimą różne formy górskiej aktywności sprowadzić muszę de facto do tygodni. Skoro jednak czytacie te kilka słów, to postanowiłem spisać to, co uważam za sedno, klucz do zrozumienia wypadków, jakie wydarzyły się tej zimy w górach, a które dla uproszczenia zamknę w przyjętym z lenistwa uproszczeniu: morsowanie.

Nie, nie będę odnosił się do konkretnych osób i wypadków. Było tego sporo i każdy będzie wiedział, o jakie zdarzenia chodzi. Chcę napisać bardziej o tym, czego zabrakło, a co, moim zdaniem, doprowadziło do wspomnianych wypadków. Napiszę to najprościej jak to tylko możliwe. To brak treningu mentalnego, a upraszczając i pewnie generalizując, brak etyki rozumianej, jako refleksja na tym, co może się wydarzyć i jakie będą tego konsekwencje.

Do rzeczy. Dlaczego trening mentalny? Fakt, sformułowanie brzmi dumnie, ale tak naprawdę jest to pragmatyką. Dlaczego trenujemy bieganie trailowe, robimy podbiegi, zbiegi, wybiegania? Ostatecznie po to, by nasz organizm był gotowy na to, co przed nim postawimy. Trekking, bieg, tury, itd. to jednak tylko fizyka, a przecież istnieje jeszcze umysł, a przynajmniej piszący chce w to wierzyć. Dlaczego więc nie trenujemy mentalnie naszej głowy i nie stajemy przed oczywistą sprawą, faktem, że jesteśmy śmiertelni. Tak, naprawdę tak jest.

To teraz pora na konkrety. Wyobraźmy sobie, że siedzimy w naszym przytulnym mieszkaniu i w głowie pojawia się pomysł, by zrealizować dajmy na to biegową wycieczkę. Przyjmijmy, że trasa będzie biec z Mosornego, przez Halę Śmietanową, Przełęcz Lipnicką na Babią Górę, przez Przełęcz Brona i Markowe Szczawiny w dół do Mosornego. Fizycznie wiemy, że pokonanie takiej trasy jest w naszym zasięgu. I w tym miejscu przychodzi śmiertelność. Świadomość tego, że może się nam coś przydarzyć. Teraz podejmiemy próbę minimalizowania tego ryzyka. Jakie obiektywne problemy sprawia zima? Temperatura. Zaczynamy myśleć, jaki zestaw odzieży zabierzemy i czy da nam on odpowiedni komfort cieplny. Jeśli tutaj popełnimy błąd, ryzyko, przed jakim stajemy, to realna szansa utraty życia. Takie przypadki w naszych górach miały już miejsce. Cienka, trialowa kurtka, grubsze leginsy i bielizna termoaktywna. Tak najczęściej wygląda mój zestaw biegowy zimą! Wiem. To stanowczo za mało, by wytrzymać na mrozie kilkadziesiąt minut (optymista) nim dotrze pomoc. To wystarczający zestaw, kiedy jestem aktywny i produkuję sporo ciepła. I tu zawsze z tyłu głowy jest ta przeklęta śmiertelność i próba minimalizowania ryzyka. Sprawdzam pogodę. Jeśli będzie wiało i będzie poniżej zera- zrezygnuję z lekkiej kurtki na rzecz sprawdzonego softschela. W plecaku, w zależności od pogody, będę miał folię NRC, dodatkową ocieplinę, taką, która zimą nie zamarza (sytuacja, gdy poszkodowani relacjonowali, że nie mogli ubrać ciuchów, bo były “sztywne”), podstawową apteczkę, jedzenie. Innymi słowy to, co ma pozwolić mi wytrzymać do czasu, aż udzielona zostanie mi pomoc. Ta świadomość swojej kruchości, pozwala minimalizować ryzyko.

Świadomość to błogosławieństwo. Możemy z niej korzystać już w domu. Sprawdzamy prognozy. Wieje 80 km/h, widoczność marna, temperatura poniżej zera. Nie pchamy się, tym razem góry poczekają. Czyż taki trening mentalny z pozycji kanapy nie jest błogosławieństwem?

Inny przykład. Bieszczady. Słonecznie, temperatura około -20 C. Nie wieje. Można iść. No więc co ubierzemy? To, co da nam komfort cieplny. No dobra, a jeśli coś nam się stanie? Nasz komfort radykalnie się pogorszy, bo takie myślowe założenie, spadnie nasza aktywność, a ilość produkowanego ciepła będzie znacznie mniejsza. Znaczy, że w plecaku musi być coś, co mnie z tej opresji wyrwie. No to NRC, ocieplina, itd.

Jeszcze inna sytuacja. Tatry, Giewont. Zima, warunki meteo sprawdzone, jest ok. Znaczy idziemy. NIE! Najpierw myślimy. Znowu ten cholerny trening. Czy jestem gotowy, czy posiadam umiejętności, czy mam wystarczającą kondycję i wiedzę, w jakich warunkach się znajdę. Jeśli gdzieś tylko pada nie… to nie idziemy! Najpierw trzy razy tak, potem… kolejne etapy minimalizowania ryzyka. Nie może być tak, że turysta ruszający na Giewont panikuje, bo łańcuchy są pod śniegiem – dla ułatwienie napiszę: zimą często i gęsto sztuczne ułatwienia znajdują się pod śniegiem i to normalne, a nie nieoczekiwane, czy z gruntu niemożliwe. I tutaj kolejna sprawa… Tatry to nie Beskidy czy Bieszczady, to coś więcej niż Babia Góra, czy Śnieżka. Lawinowe ABC w Tatrach to nie fanaberia, a nasz obowiązek i wydaje się, że powinniśmy dyskusje w tym temacie już zakończyć (choć kiedy myślałem, że świadomość w temacie jest na dobrym poziomie, trzeba było wykopać zawodnika… który nie miał przy sobie ABC).

A teraz coś wbrew powyższej logice. Otóż dopuszczam wyjścia w złej pogodzie w góry. Więcej! Sam kilka trekkingów czy treningów w paskudnych warunkach mam na koncie. Nie zmienia to jednego: Wiem, w co się pakuję. I zaczyna się zabawa z minimalizowaniem ryzyka. Wybieram masyw, szlak, rejon, który dobrze znam. Trasę, na której byłem wielokrotnie. Plecak, to nie trzy litrowy biegowy „placuszek”, tylko 15 litrów. Zegarek z GPS, to też nie wybryk, tylko szansa na powrót, gdy widzę, że nic nie widzę, a naprawdę czasami tak bywa. Innymi słowy robię wszystko, by było bezpiecznie. Ktoś zapyta po co pcham się w takich warunkach w góry? Bo wiem, znając swoje aktywności, że prędzej czy później przyjdzie mi w takich warunkach na przykład wycofywać się i zdecydowanie wcześniej chce wiedzieć, jak to jest w warunkach, które w maksymalnym stopniu sam kontroluje.

Na koniec. Myślenie o górach w domu, to nie mokry sen, a raczej konieczność. Myślmy i pamiętajmy, że zima w górach, to środowisko obiektywnie niebezpieczne, a my mamy to niebezpieczeństwo obiektywnie okiełznać, choć nigdy nie zminimalizujemy zagrożenia do zera. Dlaczego? Bo jesteśmy śmiertelni, pamiętajcie!

PS

Odsyłam do dwóch bardzo dobrych wywiadów w Taterniku z Piotrem Xięskim i Tadeuszem Kuchno – dwóch prezesów dwóch KW nie może się mylić. To naprawdę dobre teksty. Warto też sięgnąć po książkę Krystyny Palmowskiej “Zaklętym w górski kamień”.

PS 2

Jeśli ktoś zapyta, czy aby nie przesadzam… ostatnie miesiące to wypadki, gdzie w niskich stosunkowo górach dochodziło u turystów do odmrożeń (w BIESZCZADACH!!!), hipotermii (w tym także głębokiej), a także upadków z wysokości (z powodu braku wyobraźni ostatecznie). Kiedy powstaje ten tekst nie minęło jeszcze wiele dni od akcji GOPR na Babiej Górze, gdzie 11 osób utknęło w trudnych warunkach, a dwie z powodu hipotermii pozostawało bez kontaktu logicznego. To ostatecznie wystarczy…    

Marcin Rudzki