Ale Meksyk!

Ale Meksyk!

Wróciłam niedawno z wyjazdu do Meksyku. W tym miejscu pewnie większość czytelników oczekiwałaby historii o tym, jak to rzuciłam pracę (w najlepszym razie wzięłam półroczny urlop), spakowałam plecak i ruszyłam w świat, opowieści o podróży stopem, tanimi liniami lotniczymi, o noclegach w chatach tubylców, hostelach czy pod gołym niebem. Nic z tych rzeczy. Spędziłam wspaniałe 10 dni na półwyspie Jukatan, w nie byle jakim hotelu, ze wszystkimi możliwymi wygodami. Czasem mam wrażenie, podążając za dziś panującą modą, że organizowanie sobie wyjazdów tanim sumptem i podróżowanie z plecakiem jest bardziej wartościowe od leniwego urlopu zorganizowanego przez agencję. Na szczęście za chwilę wracam na ziemię i już nie mam poczucia wstydu, że oto spędziłam urlop niczym emeryt w Ciechocinku. Podróżuje po świecie od lat. Czasem na własną rękę, a czasem korzystam z biur podróży. Wszystko zależy od wybranej destynacji, mojego poczucia bezpieczeństwa, od finansów. Wierzę, że możliwy jest wyjazd do Meksyku za znacznie mniejsze pieniądze niż te, które zapłaciłam, ale wówczas nie będzie to z pewnością elegancki hotel tuż nad brzegiem Morza Karaibskiego, a zdecydowanie cos o wiele mniej luksusowego, czy wręcz obskurnego. Zależy co komu do szczęścia w danej chwili potrzeba. Niedawno moja przyjaciółka powiedziała mi, że nie lubi w ten sposób spędzać urlopu, nie lubi autokarów, planów itp. Woli nie jechać wcale. A ja wolę jechać. Loty do tanich nie należą. Jedzenie na miejscu nie jest może najdroższe, ale w moim przypadku, zanim żołądek by się przyzwyczaił to zwiedzałabym… latryny. A potem byłaby już pora wracać. 😉

Nigdy nie spieszyło mi się do Meksyku. Niewiele też o nim wiedziałam. Kojarzył mi się przede wszystkim z amerykańskim serialem z lat 90. „Brygada Acapulco” (ach, Randy Vasquez!), z kartelami narkotykowymi, strzelaninami, korupcją, tequilą i pikantnym chili. Z tyłu głowy byli też oczywiście Aztekowie i Majowie. Kilka lat temu kupiłam mężowi koszulkę z grafiką „Mundo Maya”, jednak w najśmielszych snach nie sądziłam, że podobne koszulki będę mogła oglądać na straganach tuż obok majańskich piramid.

Jaki duży Meksyk jest, to każdy wie, a jak nie wie, to może sprawdzić na mapie. A jest ogromny! Wikipedia podaje, że jego całkowita powierzchnia wynosi 1 972 550 km² (prawie 2 mln km²!), a dla porównania powierzchnia Polski to 312 679 km². Półwysep Jukatan do małych zresztą też nie należy (ok. 180 000 km²). W tym miejscu warto przypomnieć – nie była to podróż z plecakiem, przemierzanie kraju w jego dzikich zakątkach i nie jest to opowieść z gatunku „za darmo”, albo „prawie za darmo”. Jukatan to miejsce turystyczne i rozwijające się z powodu turystów. Zatem nie da się całkiem uciec od ludzi, busów i autokarów. Przed wyjazdem naczytałam się, jak to można się rozczarować tym regionem, o powszechnej amerykanizacji, drożyźnie, „dojeniu” turystów, komercjalizacji wszystkiego. Serio? Ile ludzi, tyle zdań. Była to podróż pod każdym względem pozytywnie zaskakująca.

Wyjazd w lutym okazał się strzałem w dziesiątkę. Byłam zachwycona pogodą. Za dnia bardzo ciepło (w końcu po to ciepło wyjeżdża się w zimie), ale nie wilgotno, czasem wietrznie, a wieczorami chłodniej. Idealnie. Dwukrotnie padał deszcz. Poprzedzany podmuchami wiatru opad trwał może 5 minut, a potem wypogadzało się i nie było po nim śladu. Może to śmiesznie zabrzmi, ale nie lubię leżeć plackiem na leżaku, a już na pewno nie lubię się opalać. Leniwy czas spędzałam w miarę możliwości w cieniu parasola, skórę zabezpieczałam kremem z filtrem 50., a i tak wróciłam mocno i równomiernie opalona. Z tym opalaniem to różnie  bywa. W marcu na Lanzarote, mimo pochmurnej pogody, skóra czerwieniała… bardzo nierówno. W Kenii słońce łapało w locie, czułam się niczym kurczak na rożnie. Ale wróćmy na Jukatan. Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to całkiem duże i sprawnie funkcjonujące lotnisko w Cancun. Najwyraźniej po pobycie na Dominikanie spodziewałam się obiektu krytego strzechą, a tu niespodzianka. Nowością była też… loteria. Podchodzisz do pana, a on mówi „push the button”. No to push. I teraz dwie możliwości, zielone albo czerwone światełko. Jeśli masz szczęście – zielona lampka jest przepustką do szybkiego opuszczenia lotniska, czerwona zaś zaprasza do stanowiska, gdzie bagaż zostanie poddany kontroli. Z Cancun do wybranego przez nas hotelu w Puerto Morelos na Riviera Maya było jakieś 30-40 minut jazdy przybrzeżną autostradą 307. Od pierwszych chwil bardzo podobało mi się podejście miejscowych do przyjezdnych, a także to, że mówią po angielsku. A okazuje się, że to nie takie oczywiste. Na Dominikanie ogromne było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że miejscowa ludność praktycznie wcale nie mówi po angielsku. Pewnie szybciej można by się z Dominikańczykami porozumieć po rosyjsku, gdyż najwięcej turystów przyjeżdża właśnie z Rosji i wydaje się, że ta nacja dominuje na wyspie. Wypoczywają w kurortach, zwiedzają, kupują domy.

Miedzy autostradą a hotelem znajdują się mokradła porośnięte bujną, zieloną roślinnością. Kierowca poinformował nas, że lepiej tam nie spacerować ze względu na obecność krokodyli. Nie polemizowaliśmy.

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy jest rozległy, w stosunkowo niskiej zabudowie, ładnie zaprojektowany. Można by go porównać do czterech stykających się końcówkami podków, coś na kształt „UUUU”. Wewnątrz każdego „U” basen, leżaki, itp. Jak to w hotelu. Czemu wybrałam ten? Bo był bezpośrednio nad morzem, otoczony zielonymi krzakami, w bezpośrednim pobliżu nie było niczego więcej. No i blisko do lotniska. Kompletne przeciwieństwo tego, czego można spodziewać się w Cancun. Pokoje naprawdę duże, wygodne, czyste. Teren hotelu zielony, wypielęgnowany. Bardzo dużo zieleni, krzewów i drzew. No i iguany, wygrzewające się w różnych miejscach, często na środku drogi.

Iguana

Pierwszy raz w życiu widziałam pelikany. Przywodziły mi na myśl… pterodaktyle. Co poradzę? Wyobraźnia robi swoje. Wszyscy ludzie, których spotkałam na swojej drodze, zarówno w hotelu, jak i poza, byli przesympatyczni, pomocni, a przede wszystkim uśmiechnięci. Co więcej, handlarze nienachalni… w swej nachalności. 😉 Ujmijmy to tak – rozumieli, że „nie” znaczy „nie”. A skoro o ludziach… Jak cudownie było spędzić urlop bez Polaków, a tym bardziej bez Rosjan. Nie to, żebym miała jakieś uprzedzenia, a może właśnie mam. Ale powiedzmy sobie szczerze, z czegoś to się wzięło, bo przecież nie urodziłam się z takim podejściem. W moim hotelu mieszkali przede wszystkim Amerykanie i Kanadyjczycy. Ogólnie słychać było tylko dwa języki – angielski i, co oczywiste, hiszpański. Byłam tym zachwycona. Nagle znalazłam się wśród ludzi, przynajmniej pozornie zadowolonych, szczęśliwych, uśmiechniętych. Korzystali z urlopu, relaksowali się, bawili i… nie narzekali! Nie było słychać, że woda w basenie jest za zimna, a drinki za słabe, że słońce świeci za mocno, a morze za jest słone. Jak cudownie! Chociaż wiadomo, ile ludzi, tyle zdań. Polaków spotykałam na wycieczkach. Pewien pan powiedział mi, że to okropne, iż w hotelu jest tylu Amerykanów, że zachowują się bardzo głośno. Tak? A Polacy siedzą jak myszy pod miotłą? 😉 Wolę głośnych amerykanów niż polskie „kurwaaa!”. Do tej pory przez wszystkie lata byłam utwierdzona w przekonaniu, że to przede wszystkim moi rodacy i Rosjanie „zajmują rano leżaki”. Na pewno wiecie, na czym to polega. We wczesnych godzinach porannych, a czasem wręcz jeszcze za rannej szarówki, zaspani ludzie maszerują z ręcznikami w rękach do upatrzonych wcześniej leżaków. Rozkładają na nich ręczniki i wracają do łóżka dospać jeszcze trochę, potem śniadanie i inne czynności, a przy leżaku gros z nich melduje się koło 12. I tym sposobem wygrzewają się samotne ręczniki nad basenami, a ty nie masz gdzie się położyć… A to pech. Amerykanie też to robią! Są w tym wręcz wyspecjalizowani, wyposażeni w kolorowe klamerki, które utrzymują ręcznik na leżaku, zabezpieczając przed zwianiem go przez silny podmuch. Gdybyśmy mieli zwyczaj spania do 09:00 to potem najpewniej moglibyśmy zapomnieć o miejscówce. Jakiejkolwiek. Lubimy wstawać wcześnie, czasem i przed siódmą. Spacery są wtedy przyjemne, bo upał jeszcze nie doskwiera, ludzi dookoła jest niewielu lub wcale, a plaża jest niezadeptana. Świat budzi się dopiero do życia.

Ponieważ Meksyk jest ogromny, zwiedzanie ograniczyliśmy naturalnie tylko do Jukatanu, a nawet i tu nie było możliwe zwiedzenie wszystkiego. Za obowiązkowy punkt programu uznałam Chichén Itzá. Co ciekawe, miejsce to uznane jest za bardzo komercyjne i spotykałam się z głosami, że nie warto tracić na nie czasu. Nie rozumiem, dlaczego. Moim zdaniem warto. Piramidy w Gizie też są miejscem komercyjnym, zwiedzanie ich jest dalekie od przyjemności, a jednak jadąc do Egiptu większość ludzi wybiera się je zobaczyć. I trudno się dziwić. Są ogromnym osiągnięciem tamtego okresu, czymś unikatowym. Wyjazd do Egiptu bez zwiedzania piramid czy Karnaku lub Luxoru w ogóle wydaje mi się bezsensowny.

Chichén Itzá

Chichén Itzá – prekolumbijskie miasto założone przez Majów na półwyspie Jukatan (Meksyk) w IV-VI w. Zachowane zabytki w jego częściach południowej i zachodniej są związane z kulturą Majów, natomiast w części północnej – z kulturą Tolteków.” ~wikipedia

W Chichén Itzá ludzi faktycznie nie brakuje, ale nie jest też tak, żeby nie dało się spokojnie zwiedzać i wcale nie trzeba się rozpychać łokciami. Miejsce jest rozległe i ciekawe, w połączeniu z opowieścią przewodnika lub wcześniejsza lektura historii, robi naprawdę ogromne wrażenie. Nie brak tam też handlarzy ze wszelakiej maści pamiątkami, ale przecież zakupy nie są obowiązkowe.

Piramida Kukulkana“El Castillo – świątynia nazywana Zamkiem, to Świątynia Kukulkana, odpowiednika Quetzalcoatla. Została wzniesiona na piramidzie schodkowej złożonej z dziewięciu tarasów. Schody prowadzą na szczyt piramidy z czterech stron, każdy bieg ma 91 stopni (razem 364 stopnie), 365 stopień (czyli liczba dni roku słonecznego) stanowi wejście do świątyni. U dołu schodów rzeźbione wyobrażenia głów Upierzonego Węża strzegły wejścia do świątyni.” ~wikipedia

El Castillo i Świątynia WojownikówEl Castillo i Świątynia Wojowników

meksyk04 Czaszki

Świątynia Wojowników“Świątynia Wojowników – widoczne są w niej wyraźnie wpływy sztuki Tolteków. Zastosowano w niej filary zbudowane w kształcie Pierzastych Węży oraz postaci wojowników a także rzeźby półleżących postaci zwane Chac Mool. Cechą charakterystyczną dla sztuki Majów jest zastosowane sklepień pozornych wewnątrz pomieszczeń. Wyobrażenia boga deszczu Majów, Chaca, zostały zastosowane jako dekoracja ścian.” ~wikipedia

meksyk06

meksyk08“El Caracol – czyli Ślimak to okrągła wieża o wysokości 12 m i średnicy 6,7 m zbudowana na dwóch tarasach. Wewnątrz umieszczono spiralną klatkę schodową prowadzącą do górnej komory. Jej okna zostały umieszczone promieniście. Stąd przypuszczenie o zastosowaniu wieży do obserwacji astronomicznych.” ~wikipedia

Zobaczyć można także świętą cenotę, czyli niemal idealnie okrągłą, wapienną studnię krasową, w której składano ofiary z ludzi ku czci Chaca, boga deszczu.

Święta cenote“Święta cenote (hiszp. cenote sagrado) – wapienna studnia krasowa położona w pobliżu starożytnego miasta Majów Chichén Itzá w Meksyku. Mierzy 20 m głębokości, 50 m średnicy i jest niemal idealnie okrągła. W czasach prekolumbijskich pełniła ważną funkcję religijną i była sercem Chichén Itzá, dzięki czemu miasto zyskało dominującą pozycję w regionie i mogło utrzymywać swoją władzę. Od niej też pochodzi nazwa Chichén Itzá, która oznacza „u wylotu studni Itza”.” ~wikipedia

Zajrzeliśmy do kolonialnego miasta Valladolid z kolorową zabudową, a zwiedzanie zaczęliśmy od typowego targowiska z przyprawami, słodyczami, owocami i warzywami oraz mięsem. Wisiało ono na hakach i leżało na stołach, pomiędzy którymi przechadzali się ludzie i psy, a zapach nie pozwalał zapomnieć, gdzie jesteśmy.

meksyk09

meksyk10

meksyk11

meksyk14
meksyk12
meksyk13

meksyk15

W siedzibie lokalnych władz oglądaliśmy cztery duże murale, przedstawiające historię Jukatanu, poza tym spacerowaliśmy uliczkami i zajrzeliśmy do katedry San Gervasio (uczciwie przyznaję, że szukałam tam chłodu, którego jednak nie znalazłam).

Valladolid

Valladolid

Valladolid

Valladolid

Valladolid

Valladolid

Valladolid

Z Valladolid pojechaliśmy do Coby.

Cobá – miasto Majów z okresu prekolumbijskiego na Półwyspie Jukatan. Znajduje się w stanie Quintana Roo w Meksyku. Zajmuje powierzchnię ponad 70 km2, a w okresie największej świetności była zamieszkana przez ponad 50,000 ludzi. Jest to miejsce stosunkowo mało wyeksplorowane przez archeologów; szacuje się, że na terenie Coby istnieje około 6,500 struktur, z czego odkrytych zostało jedynie kilkadziesiąt – resztę budowli porasta dżungla.” ~wikipedia

Spacerowaliśmy w dżungli miedzy już odkrytymi i uporządkowanymi stanowiskami, ale tez i kopcami kamieni, których przede wszystkim ze względów finansowych najpewniej nikt już nie ruszy i nie podda rekonstrukcji. Najważniejsze obiekty ponoć już odkryto i zadbano o nie. Wisienką na torcie była Piramida Nohoch Mul, najwyższa na Półwyspie Jukatan. Zadziwia mnie bardzo, że wolno na nią wchodzić. Jej kamienie są wydeptane i wyślizgane. Domyślam się, że jest to atrakcja przyciągająca turystów. Z drugiej strony w Chichén Itzá nikt na piramidy się nie wspina, a turystów wcale nie brak, wręcz przeciwnie. Ale skoro wolno, to i ja wdrapałam się na samą górę. Wchodziłam powoli, bo gorąco, bo stromo, bo czasem brakowało kamieni i trzeba było szukać dogodnej drogi… wysoko. Z góry wspaniały widok, bezkres zielonych krzaków. Warto było poczuć się niczym hamburger na grillu, panorama rekompensowała trud. Zejście takie łatwe już nie było, wchodząc nie widziałam tego co za mną i na dole. W dodatku szłam za elegantkami w japonkach, które co moment przystawały by robić zdjęcia. Tym usprawiedliwiam pokonywanie drogi w dół na siedząco. Może zastanawiacie się co ma wspólnego ta opowieść z tematyką On the Summit? Właśnie opisałam moją pierwszą w życiu wspinaczkę. 😉

CobaPiramida zwana Kościołem

CobaBoisko do gry w piłkę

Coba

Coba

CobaPiramida Xaibé

CobaPiramida Nohoch Mul

CobaWidok z Piramidy Nohoch Mul

Cenote [seˈnoˌte], z języka maya dzonot – rodzaj naturalnej studni krasowej utworzonej w skale wapiennej, występujący szczególnie często na półwyspie Jukatan w Meksyku. Są one połączone z podziemnymi zasobami wody gruntowej i niekoniecznie posiadają lustro wodne widoczne na powierzchni, lecz najbardziej znane są duże, otwarte cenotes, takie jak w Chichén Itzá. Woda w cenote często jest bardzo czysta, przefiltrowana przez podłoże wapienne.” ~wikipedia

Jukatan znany jest z licznie występujących cenot. My mieliśmy okazję kąpać się w cenote Choo-Ha. Wspaniałe przeżycie, woda cudownie orzeźwiająca, idealnie przeźroczysta i widać było w niej pływające małe rybki. Dookoła stalagmity i stalaktyty. Cenote znajduje się w jaskini, do której wchodzi się schodami dość stromo w dół. Jaskinia jest doświetlona sztucznym światłem, ale i tak panuje tam półmrok. Ci, którzy czują się w wodzie niepewnie, mogą wypożyczyć kamizelki ratunkowe. Kąpiel była oczywiście poprzedzona obowiązkowym prysznicem. Ludzi praktycznie nie było. Mogłabym tam spędzić dużo czasu.

Cenote Choo-HaWejście do cenote Choo-Ha

Cenote Choo-Ha

Cenote Choo-Ha

Cenote Choo-Ha

Na Jukatanie czułam się bardzo bezpiecznie. Przed wylotem z Polski dużo osób ostrzegało mnie przed kradzieżami i innymi niebezpieczeństwami. Gdziekolwiek jestem staram się zachowywać rozsądek i do tej pory na szczęście nic złego za granicą mnie nie spotkało. Meksyk okazał się być przyjaznym krajem dla turystów, a na kieszonkowców uważać trzeba wszędzie. Widok policjantów z długimi strzelbami jest powszechny. W żadnym z krajów, w których do tej pory byłam, nie spotkałam się też z takimi zabezpieczeniami przy wjazdach do zon turystycznych i poszczególnych hoteli. Każdy wjazd i wyjazd są odnotowane, a kierowcy zostawiają ochronie dokumenty, które odbierają przy wyjeździe, oddając przepustkę. Odnotowywane są też ilości osób opuszczających hotele, podobnie na powrocie.

Zapomniałabym dodać – kuchnia Jukatanu jest obłędna, pyszna, wspaniała!

Meksyk zostanie w mojej pamięci na długo, jako jedena z lepszych destynacji. Gdyby nie odległość (lot trwał 13:20 h) chętnie bym tam jeszcze wróciła, tym razem przede wszystkim z nastawieniem na zwiedzanie. A póki co w planach Andaluzja, wypożyczenie auta… i ahoj nowa przygodo!

Anna Makowska