Wywiad z Ryszardem Pawłowskim

ryszard-pawlowski

Legenda polskiego i światowego himalaizmu. Człowiek znany z niesamowitej wytrzymałości i determinacji w dążeniu do celu. Swoją pasję przeobraził w zawód przewodnika. Jest uczestnikiem i organizatorem ponad 300 wypraw w góry wysokie. Specjalnie dla On the Summit obszerny wywiad z Ryszardem Pawłowskim.

Bartek Andrzejewski: W czasie Twojej, trwającej już 40 lat aktywności w górach od 20 wprowadzasz ludzi na szczyty podczas wypraw komercyjnych. Jak to się stało, że po wielu latach bogatej w sukcesy i wielkie zdobycze wspinaczki zdecydowałeś się na taki krok? Co stanowiło dla Ciebie punkt zwrotny dla tej decyzji?

Ryszard Pawłowski: To oczywiście na początku była przede wszystkim bardzo duża pasja i jednocześnie wielka przygoda, szybko jednak zaczęto mnie dostrzegać w środowisku wspinaczy. Byłem coraz lepszy w tym co robiłem, pasja zajmowała mi zdecydowaną większość czasu, aż w końcu postanowiłem się temu całkowicie poświęcić. Mimo, że miałem zapewnioną pracę na kopalni, a niejednokrotnie trafiały mi się również propozycje objęcia tam intratnych stanowisk, mimo, że skończyłem studia, to i tak najbardziej pasjonowała mnie wspinaczka. Zdecydowałem się wtedy zaryzykować i pójść trochę w niewiadome. Postanowiłem spędzać czas głównie na wyjazdach, a później również z tego żyć. Zrobiłem kursy instruktora taternictwa, alpinizmu, zauważyły mnie bardzo bogate firmy zachodnie, które proponowały mi udziały w różnych wyprawach. Tak się złożyło, że dzięki temu mogłem wspinać się na takie szczyty jak Mount Everest, Lhotse, Nanga Parbat, Island Peak, McKinley, czy Aconcagua i dostawałem za to konkretne pieniądze. Po jakimś czasie zdecydowałem, że zacznę działać na własny rachunek. Główną motywacją do tego był dla mnie fakt, że po prostu bardzo to lubię, ale również dlatego, że można z takiej działalności żyć.

Bartek Andrzejewski: Powszechnie wiadomo, że nie każdy człowiek jest w stanie odnaleźć się w ciężkich, surowych, niejednokrotnie ekstremalnych górskich warunkach. W jaki sposób weryfikujesz uczestników wypraw? W góry najwyższe może pojechać z Tobą każdy?

Ryszard Pawłowski: Przede wszystkim gdy dociera do mnie nowa, zupełnie nieznana mi osoba, najpierw pytam: Co zrobiłeś w górach? Jakie masz doświadczenie? Na jakiej wysokości w życiu byłeś? Oceniam taką osobę wstępnie poprzez jej dokonania. Jeśli dochodzę do wniosku, że taki ktoś ogólnie nadaje się na wyjazd, ale mimo to mam względem niego wątpliwości, to zawsze jest opcja, by już podczas samej wyprawy go obserwować ze zwiększoną uwagą. Jeżeli w trakcie działań w górach ktoś w jakimś stopniu odstaje od pozostałych, a bardzo zależy mu na wejściu, to można przydzielić w takiej sytuacji „anioła stróża” w postaci na przykład Szerpy wysokościowego, a czasami również ja wcielam się w taką rolę i pomagam w wejściu. Skupiam się jednak przede wszystkim na koordynacji działań całego zespołu. Jeżeli przed wyprawą zgłasza się do mnie ktoś, wobec kogo mam zdecydowanie poważniejsze wątpliwości, proponuję mu coś łatwiejszego na początek, by nie był to od razu kosztowny wyjazd na np. Mount Everest, tylko by ten ktoś zaczął od mniej wymagającej próby, gdzie również można sprawdzić się na wysokości, gdzie można spróbować chodzić w rakach, zmierzyć się z trudnymi warunkami. Dzięki swojemu doświadczeniu jestem w stanie trafnie oceniać ludzi i klasyfikować ich do poziomu trudności, w którym się odnajdą, najważniejsze jest przecież ich bezpieczeństwo.

IMG_0343

Bartek Andrzejewski: Czy wyznaczasz poszczególnym uczestnikom swego rodzaju plany treningowe, które mają za zadanie przygotować ich w określonym stopniu do organizowanych przez Ciebie wypraw?

Ryszard Pawłowski: Rzeczywiście ludzie często pytają mnie jak się  przygotować do wyprawy. Ma to jednak sens, gdy ktoś zada mi takie pytanie rok albo pół roku wcześniej. Doradzam wtedy, by zacząć od podstaw, bo jeśli uczestnik jest na przykład osobą palącą, zalecam ograniczenie w tym zakresie, człowiekowi mało aktywnemu proponuję by od czasu do czasu pobiegał, by wyjechał co jakiś czas w góry na trekking z plecakiem, by zrobił jakieś trasy, choćby te turystyczne, sprawdził się tam, zobaczył na co go stać. Z doświadczenia wiem, że jeżeli ktoś się zgłasza w ostatniej chwili, zaczyna intensywnie się przygotowywać kondycyjnie, to kończy się to zazwyczaj przeforsowaniem. W perspektywie bliskiego terminu wyjazdu jest to bardziej niebezpieczne niż niski poziom ewentualnej aktywności fizycznej. W górach harmonogram naszych działań sporządzony jest tak, by ludzie aklimatyzowali się stopniowo. Mamy miejsca, w których spędzamy dwie noce w ramach takiej aklimatyzacji, urządzamy również regularne wyjścia, gdzie stopniowo zdobywamy wysokość. To bardzo pomaga w przygotowaniach.

Island Peak

Bartek Andrzejewski: Ile razy w ciągu roku wyjeżdżasz z klientami na wyprawy? Masz czas, by realizować także Twoje indywidualne projekty, czy skupiasz się na tę chwilę tylko na wyprawach komercyjnych?

Ryszard Pawłowski: Z racji swojego obecnego zawodu wyjeżdżam kilka razy w roku. Do standardowych należą wyprawy na Aconcagua, Ama Dablam, Elbrus, czy Island Peak, jak również trekkingi np. w Karakorum. Jeśli chodzi o wyjazdy, które organizuję dla siebie, to zawsze one są, ale ja nie zawsze je nagłaśniam. Wyprawy przyjemnościowe, a często nawet wciąż ambicjonalne wiążą się ze spełnieniem marzeń, z których jedne udaje mi się realizować, inne wciąż na realizacje czekają. W roku 2014 byliśmy z kolegami na górze dla mnie szczególnej, na której stawałem już w przeszłości nawet z najbliższą rodziną. Ta góra to Mount McKinley. Chcieliśmy zrealizować wejście Filarem Cassina, drogą sportową, która ma bodaj tylko jedno polskie przejście. Spędziliśmy ponad miesiąc na lodowcu, jednak wejść nam się ostatecznie nie udało. Nie ukrywam, że pewne wyjazdy, takie jak wspinanie lodowe, drytooling, wspinanie skałkowe, organizuję tylko i wyłącznie z myślą o sobie, o kolegach których lubię. Wiem również, że wyczynowcem już w tej materii nie będę. W końcu mam swoje lata i różne bardziej niebezpieczne próby raczej mam za sobą. Wciąż jednak mam swoje plany i nadzieję na ich realizację. Nadmienię tu, że jednym z moich celów na rok 2015 jest powrót do Patagonii, gdzie byłem już kilkakrotnie, zarówno w tej chilijskiej jak i argentyńskiej. Wchodziłem na Fitz Roy jak i na Aguja Poincenot, wchodziłem też na Torres del Paine (piramidę centralną i północną). Teraz jednak naszym zamiarem jest wejście na Cerro Torre drogą Ragni na zachodniej ścianie. Byłem już dwa razy blisko wierzchołka tej góry idąc drogą Maestriego przez kompresor, mam nadzieję, że teraz się uda.

Bartek Andrzejewski: Na takie szczyty jak Aconcagua czy Ama Dablam wspinałeś się już po kilkadziesiąt razy na każdy z osobna. Czy najzwyczajniej w świecie nie dopada Cię znużenie podczas zdobywania tych szczytów, na których stawałeś wielokrotnie? Nie wydaje Ci się, że wszedłbyś na nie z zamkniętymi oczami?

Ryszard Pawłowski: Faktycznie jest tak, że na tych górach znam niemal każdy kamień. Wyjeżdżam jednak na te szczyty, by wprowadzić na nie ludzi, którzy nigdy wcześniej tam nie byli i to właśnie daje mi satysfakcję. Czy to mnie nuży? Myślę, że jest to dla mnie o wiele bardziej satysfakcjonująca praca od tej, którą wykonywałem zanim jeszcze zacząłem się wspinać. Pracowałem 15 lat na kopalni z czego przez 10 zjeżdżałem pod ziemię. Gdy ktoś pyta mnie o to, czy nie nudzę się już kolejnym 20 wejściem na tą samą górę, to bez cienia wątpliwości jest to dla mnie nieporównywalne względem mojej poprzedniej pracy, czy do mojego wyobrażenia pracy za biurkiem, gdzie spędza się kilkaset dni w roku w pomieszczeniu, w bezruchu. Góry to nie tylko śnieg, kamienie i wysokość, to także ludzie, inni na każdej wyprawie, zawiązują się przyjaźnie, przychodzą pomysły innych wyjazdów. Poza tym swoją pracę mogę planować sobie tak, jak zechcę.

Bartek Andrzejewski: Wspomniałeś o pracy na kopalni. A tymczasem Twoja wielka przygoda zaczęła się właśnie w podziemiach. Czy możesz coś więcej powiedzieć na ten temat?

Ryszard Pawłowski: To prawda, swoją przygodę z górami, z aktualnym zawodem zacząłem w jaskiniach. Środowisko grotołazów do którego wtedy trafiłem było środowiskiem bardzo towarzyskim i otwartym. Przyjęto mnie tam jak swojaka i zajmowałem się tym przez trzy lata. Zrobiłem w tym czasie praktycznie wszystko co było do zrobienia w polskich jaskiniach. Muszę się tu pochwalić także osiągnięciem jakiego udało mi się wtedy dokonać, mianowicie zejściem na dno najgłębszej i najdłuższej jaskini w Polsce, jaskini Wielkiej Śnieżnej. Dokonałem tego wraz Jurkiem Kukuczką, a było to wiele lat temu gdy Jurek działał jeszcze w harcerskim klubie taternickim.

Bartek Andrzejewski: Wiele razy wspinałeś się na Mount McKinley. Najmłodszym Polakiem w historii, który stanął na tym szczycie  jest Twój syn Marcin, który w 1999 roku jako piętnastolatek wszedł tam razem z Tobą. Jak do tego doszło, skąd wziął się taki pomysł?

Ryszard Pawłowski: Mój syn Marcin od najmłodszych lat wyjeżdżał w skałki, gdzie wspinał się mając zaledwie 4 lata. Gdy miał lat 8, wchodziliśmy już razem na Zamarłą Turnię drogą o trudnościach V. Kiedy był starszy wyjeżdżaliśmy na świąteczno-noworoczne ferie w Tatry. Spędzaliśmy czas głównie w Betlejemce na hali Gąsienicowej, wchodziliśmy w osprzęcie zimowym między innymi na Kościelec, czy Świnicę. Marcin zaczął z czasem również jeździć na nartach, później na desce snowboardowej, ogólnie miał dobre przygotowanie do górskich wypraw. Dzięki takiemu przygotowaniu Marcin był gotowy na poważniejszą wyprawę. Uważam, że w ambicji ojca leży chęć pokierowania synem tak, by przekazać mu swoją pasję, żeby mógł ją zrozumieć. Na najwyższy szczyt Ameryki Północnej, Mount McKinley weszliśmy razem jako pierwsza dwójka ze wszystkich uczestników tamtej wyprawy, pozostali weszli długi czas po nas. Czasami ktoś mnie pytał, czy się nie bałem o niego podczas naszych wyjazdów. Otóż nie, ani przez chwilę. Zawsze żyłem w przekonaniu, że już większe niebezpieczeństwa czyhały na niego na naszych blokowiskach, gdzie nie trudno było o kłopoty. Chciałbym być na jego miejscu i móc powiedzieć, że gdy byłem młody, ojciec zabierał mnie w góry, że były to fajne chwile.

Mount McKinley

Bartek Andrzejewski: Czy Twój syn na dzień dzisiejszy w dalszym ciągu wspina się w górach? Czy chciałbyś żeby poszedł drogą, którą Ty wybierałeś około 40 lat temu?

Ryszard Pawłowski: Na chwilę obecną Marcin mieszka w USA. Żyje tam już 8 lat. Nie wspina się co prawda tak intensywnie, jak ja bym sobie tego życzył ale muszę powiedzieć, że wciąż mam nadzieje, że odezwie się w nim sentyment do gór, bo bardzo bym chciał, by pomógł mi w tym, czym się zajmuję. Wciąż jest jednak bardzo młody i ma czas na tego typu decyzję. Aktualnie w planach na rok 2015 mamy powrót na Denali. Podjęliśmy wspólnie z Marcinem decyzję o ponownym wejściu na Mount McKinley, tym razem słynnym Filarem Cassina lub drogą West Rib.

Marcin Pawłowski

Bartek Andrzejewski: Rozpoczęły się kolejne wyprawy z udziałem Polaków na niezdobyte dotąd zimą ośmiotysięczniki. Na Nanga Parbat kolejnej próby podejmie się Tomek Mackiewicz, z K2 zmierzy się Adam Bielecki. Jak, jako doświadczony Himalaista zapatrujesz się na te wyprawy? Jak w ogóle oceniasz szanse na zdobycie tych gór zimą? (red: Rozmowa toczyła się jeszcze przed odebraniem pozwolenia na wyprawę na K2 przez rząd Chin)

Ryszard Pawłowski: Dobrze, by udział w zdobyciu tych gór mieli właśnie Polacy. Co do Nanga Parbat, czy Tomek Mackiewicz ma szanse na zdobycie? Nie chciałbym tu podejmować się oceny, na pewno jest bardzo zdeterminowany by wejść zimą na ten szczyt. Nie wiem jednak dlaczego nie zwraca się o patronat nad wyprawą do PZA. Wydaje mi się, że tak czy owak Nanga Parbat będzie łatwiejszą górą do zdobycia aniżeli K2, choć niekoniecznie zostanie zdobyta przez Polaków. O ile wiem będą tam też inne zespoły. Szanse na wejście ma działający tam również świetny zespół włoski Daniela Nardi i Rosjanie. Natomiast Denis Urubko z Adamem Bieleckim w starciu z K2 stanowią silny zespół. Denis jest aktualnie jednym z najlepszych wspinaczy na świecie, imponuje zarówno wydolnościowo, jak i w podejmowaniu decyzji, ma silną psychikę. Sprawia wrażenie spokojnego, wyważonego i inteligentnego człowieka, na pewno będzie mógł liczyć na swoją silną pozycje i autorytet.

K2

Bartek Andrzejewski: Sam wspiąłeś się na Nanga Parbat i na K2 w latach 1993 – 1996. Jakie wymagania przed Tobą, już wtedy legendarnym himalaistą postawiły te dwa kolosy? Myślałeś kiedyś by zmierzyć się z nimi zimą?

Ryszard Pawłowski: Zanim Naga Parbat została zdobyta poprzez solowe wejście mojego idola Hermanna Buhla, zginęło na niej wielu niemieckich wspinaczy i wielu tragarzy. Powodowało to, że osobiście podchodziłem do tej góry z respektem i zdziwiłem się gdy w 1993 roku po zaledwie dwóch tygodniach od dotarcia do bazy wraz z Bogdanem Stefko zdobyliśmy szczyt. Faktem jest, że byłem wtedy zdecydowanie na fali jako wspinacz. Dziś na Nanga Parbat ścianą Diamir wchodzi każdego roku nawet po kilkanaście osób. Jeśli chodzi o K2, to pierwszy raz przypada na rok 1996. Trudny cel, bo wyznaczyliśmy sobie jako drogę wejścia północny filar od strony chińskiej. Cała wyprawa trwała 3 miesiące, bo przeszkadzały nam duże trudności techniczne i zła pogoda. Rzutem na taśmę w ostatniej chwili zdobyliśmy szczyt wchodząc wraz z Piotrem Pustelnikiem w trzy dni po Krzysztofie Wielickim. Droga, którą udało nam się wtedy „zrobić” przez 16 lat nie doczekała się powtórzenia mimo prób wielu zespołów. To świadczy o skali tego przejścia, o różnicy w porównaniu z Nanga Parbat. Niestety K2 na przestrzeni ostatnich 3 lat od strony pakistańskiej stała się górą komercyjną i  nie chce się wierzyć, ale dzięki założonym linom, przetarciu drogi przez Szerpów nepalskich pewnego dnia na szczycie stanęły o ile dobrze pamiętam 22 osoby. Obawiam się, że stanie się z tą górą to samo co z Everestem. Na tę chwilę wstyd mi się przyznawać, że byłem 5 razy na Mount Evereście. To, co robiliśmy 20 lat temu całkowicie się różni od dzisiejszego zdobywania tej góry. Wtedy wszystko nosiliśmy sami, nie mieliśmy Szerpów, nie było takiej ilości tlenu. Wtedy też w sezonie na szczyt wchodziły 4 osoby, współcześnie w czasie jednego dnia potrafi wejść 40 osób. Jeśli chodzi o zimowe próby, to 2-krotnie brałem udział w wyprawach Andrzeja Zawady na Nanga Parbat próbując wejść od strony Diamir, ale nikomu się to nie udało.

Na szczycie K2

Bartek Andrzejewski: Co sądzisz na temat wariantu wspinaczki na K2 od północy wschodnią granią? Na wariant taki zdecydował się właśnie Denis Urubko, a wiadomo, że jest to droga, którą na tę kapryśną górę jeszcze nikt nie wszedł.

Ryszard Pawłowski: Drogą, którą Denis wybrał na ścianie od strony północno-wschodniej, o ile dobrze pamiętam próbowali kiedyś wejść Polacy na wyprawie Janusza Kurczaba. Uważam, że dla Urubki głównym motywem przy wyborze drogi był fakt, że nie ma tam tak dużego nastromienia jak z innych stron. Poza tym ta strona nie jest nastawiona na wiatry, jest tam też więcej śniegu. Zdecydowanie zaletą jest to, że mały zespół będzie bardziej operatywny, będzie szybciej działał. Z kolei wadliwa na pewno będzie sytuacja ewentualnego wypadnięcia któregoś z uczestników, to znacznie wpłynęłoby na siłę i możliwości tak małego zespołu. Trzymajmy kciuki żeby się udało. Nawet jeśli nie będą to Polacy, to warto kibicować każdemu kto podejmie się tak trudnego wyzwania jakim jest zimowa próba zdobycia K2.

Bartek Andrzejewski: Byłeś partnerem wspinaczkowym między innymi Piotra Pustelnika, Krzysztofa Wielickiego, czy Jerzego Kukuczki. Z Kukuczką tworzyliście w górach silny duet do momentu tragicznej wyprawy na południową ścianę Lhotse w 1989 roku. Jak wspominasz go jako współtowarzysza wypraw? Jakim był człowiekiem w Twoich oczach?

Ryszard Pawłowski: Nie chciałbym żeby to zabrzmiało tak, że ja byłem partnerem Jurka. Obserwowałem go w klubie, był trochę starszy ode mnie, miał większe dokonania. Później trzymałem kciuki za jego rywalizacje, wejścia zimowe nowymi drogami. Nie byłem partnerem Jurka na zasadzie, że wyjeżdżałem z nim regularnie. Były dwie wyprawy, na których byłem dla niego prawdziwym partnerem, a były to wyprawy na Lhotse w 1985 i 1989 roku. Jurek znany był powszechnie z ogromnej determinacji w działaniu, mimo, że nie miał takich warunków fizycznych jak na przykład Wojciech Kurtyka, czy Krzysztof Wielicki, nie był tak wytrenowany i wysportowany jak oni. Jednak w trudnych chwilach, gdzie inni rezygnowali z dalszego działania Jurek stanowczo parł do celu i go osiągał. Dla mnie był człowiekiem bezkonfliktowym, przyjacielskim, łatwo było się z nim dogadać i nigdy nie widziałem go w jakiejś ostrej wymianie zdań z kimkolwiek. Był człowiekiem bardzo ugodowym, starał się zawsze łagodzić napięcia już w zalążku. Był też człowiekiem religijnym i chyba to też wiara dodawała mu sił i odwagi.

Południowa ściana Lhotse

Bartek Andrzejewski: Swego czasu przyklejono Ci łatkę wspinacza, z którym lepiej nie wiązać się liną. Zdecydowanie swoje pięć groszy dorzucały do tego media, szczególnie po wyprawach z Twoim udziałem, podczas których ktoś tracił życie. Jak sobie radziłeś w takich momentach? Nie wpływały one na Ciebie demotywująco względem późniejszych wypraw?

Ryszard Pawłowski: Po wypadku na Lhotse, w którym zginął Jurek, czasami ktoś mówił, że gdybyśmy mieli ze sobą grubszą linę, to nie doszło by do tej tragedii. Nie mielibyśmy jednak wtedy szansy na zdobycie góry, byliśmy doświadczonymi wspinaczami, którzy podjęli świadomą decyzję o sposobie wspinaczki, wiedzieliśmy też, że nie była to bezpieczna decyzja. Ale gdy chce się osiągnąć coś, co innym się jeszcze nie udało, to ta granica ryzyka jest bardzo wysoka. Tak to wygląda. Czyjaś śmierć w górach, a tym bardziej przyjaciela oczywiście zawsze mnie bolała, ale nie zniechęciła do gór. Zawsze starałem się robić to, co uważałem za słuszne. Miałem swoje marzenia, starałem się i staram się je dalej realizować.

Bartek Andrzejewski: Lekarz, który jeździł z Tobą na wyprawy, Jan Kalaciński określił Cię jako osobę wprost stworzoną do przebywania w ekstremalnych warunkach w środowisku wysokogórskim wymieniając szereg Twoich predyspozycji. Rzeczywiście patrząc na to, z jakich opresji wychodziłeś (chociażby noc spędzona na półce skalnej w strefie śmierci na Mount Everest bez sprzętu biwakowego) trudno się z tym nie zgodzić. Co sądzisz na ten temat?

Ryszard Pawłowski: Zgadzam się z Janem Kalacińskim, że mam predyspozycje, a wręcz genetykę adekwatną do tego, czym się zajmuję. Wiele razy biwakowałem w trudnych miejscach. Biwak na Evereście był prawdziwie ekstremalny. Podczas zejścia pogoda załamała się, a my z zespołem się pogubiliśmy, usiadłem wtedy na wysokości 8500m, bo czołówka mi zgasła i nie było lin poręczowych, po których mógłbym trzymając się i wpinając do nich zejść nawet po ciemku. Wiedziałem, że będzie trudno, dlatego już od pierwszej minuty bardzo się mobilizowałem psychicznie, szczególnie żeby nie zasnąć. I przetrwałem tę noc nie odmrażając się. Rano na pomoc wyszli moi Szerpowie, by zobaczyć co się ze mną dzieje. Okazało się, że w nocy w pobliżu mnie siedziało również dwóch kolegów z innej wyprawy, Belg Pascal Debrouwer i Portugalczyk Joao Garcia. Tego pierwszego nie udało się uratować. Portugalczyk skończył z odmrożeniami, których następstwem była amputacja palców rąk, stóp i utrata nosa. Ja szczęśliwie wyszedłem bez szwanku. Pomogła mi zapewne moja determinacja i silna motywacja psychiczna, tu właśnie te predyspozycje są bardzo ważne. Niesamowite dla mnie samego jest również to, że dzięki przeprowadzonym ostatnio w Centrum Kardiochirurgii w Zabrzu badaniom okazało się, że wydolność mojego serca jest aż 250 procent większa od wydolności serca przeciętnej osoby w moim wieku. W każdym bądź razie, bez względu na to wszystko, we wspinaniu towarzyszył mi zawsze duży zasób szczęścia. Oby tak dalej.

Bartek Andrzejewski: Chciałbym spytać Cię jeszcze o takie szczyty jak Kanczendzonga, Makalu, Manaslu i Dhaulagiri. Tych właśnie potworów brakuje Ci do skompletowania korony Himalajów i Karakorum. Czy uwzględniasz je jeszcze w swojej przyszłej aktywności w górach najwyższych?

Ryszard Pawłowski: Pod Kanczendzongą nigdy nie byłem i bardzo chętnie bym tam pojechał. Na pozostałe szczyty wciąż widzę swoje szanse. Na przykład W 1991 roku z Krzyśkiem Wielickim byliśmy na zimowej wyprawie na Makalu, ale nie weszliśmy na szczyt. Natomiast chciałbym powiedzieć, że zdobycie korony ziemi, czy korony Himalajów i Karakorum  zarzuciłem już wiele lat temu, głównie dlatego, że jest to takie nie ewidentne. Ktoś wchodzi w ładnym stylu np. alpejskim i porównuje się to wejście z wejściem na tlenie po poręczówkach i z pomocą Szerpów. To są wyścigi niemiarodajne, zdarzają się też bezsensowne oszustwa. Nie zdecydowałbym się również na zdobywanie kolejnych szczytów finansując wyprawę z własnej kieszeni. Mieliśmy w roku 1994 plan zdobycia korony ziemi w ciągu jednego roku, ale nie udało się pozyskać środków na realizację tego przedsięwzięcia. Na dzień dzisiejszy poza swoimi osobistymi projektami, które będę realizował jest dla mnie jasne, że jadę do pracy, z której żyję ja i moja rodzina. Podoba mi się, że mogę pracować z wieloma ciekawymi ludźmi w równie ciekawym środowisku i będę to z pewnością kontynuował. Przy okazji realizuję też swoją pasję fotografowania i filmowania, a to mogę robić jeszcze przez wiele lat.

12.01.2015

 

Dużo więcej informacji związanych z wątkami poruszanymi w wywiadzie, znajdziecie w książce Piotra Dróżdża „Ryszard Pawłowski – 40 lat w górach. Wywiad-rzeka”. Szczerze polecam!

 

RYSZARD JAN  PAWŁOWSKI

Urodzony w Bogatyni w 1950 roku. Zodiakalny Rak, ale Tygrys według horoskopu chińskiego, inżynier elektryk, instruktor alpinizmu, przewodnik górski.

Wziął udział w ponad 300 wyprawach w różne góry świata jako uczestnik lub organizator. Zdobył dziesięć szczytów 8-tysięcznych, m. in. K2 (8611 m) płn. Filarem od strony chińskiej.  Jest jedynym Polakiem, który 5-krotnie stanął na szczycie Mt. Everestu (8848 m). Dokonał wielu wejść trudnymi drogami wspinaczkowymi w różnych rejonach Ziemi. Był partnerem wspinaczkowym Jerzego Kukuczki, Adama Zyzaka, Piotra Pustelnika, Janusza Majera, Krzysztofa Wielickiego i wielu innych sławnych himalaistów.

Jest członkiem prestiżowego The Explorers Club w Nowym Jorku, stowarzyszenia zrzeszającego ok. 3000 odkrywców i badaczy z kilkudziesięciu państw wszystkich kontynentów. Otrzymał szereg nagród i wyróżnień w dziedzinach fotografii oraz filmu dokumentalnego. Filmy Pawłowskiego były pokazywane na Festiwalach Górskich i w telewizji. Otrzymał  trzykrotnie nagrody i wyróżnienia od Ministra Sportu za Wybitne Osiągnięcia Sportowe. Szkoli młodych adeptów alpinizmu, organizuje wyprawy i występuje z prelekcjami o tematyce górskiej. Jest wciąż aktywny, pomimo 40 letniego stażu w górach.

Organizował  i prowadził wyprawy dla niepełnosprawnych sportowców na Alaskę, do Afryki i Patagonii w ramach programu Korona Nadziei.

Ma 31 letniego syna Marcina i 13 letnią córkę Martę.

 

Ryszard Pawłowski organizując wyjazdy na wszystkie kontynenty wchodził  jako przewodnik wspólnie z klientami na takie szczyty jak:

Ama Dablam (6856m) w Himalajach Nepalu – 28razy

Aconcagua (6962m), najwyższy szczyt Ameryki Południowej – 32 razy

Mt. McKinley (6194m) najwyższy szczyt Ameryki Północnej – 9 razy

Island Peak (6169m) w Himalajach Nepalu – 24 razy

Mt. Everest (8848m) od strony Nepalu i Tybetu – 5 razy

Pumori (7145m) w Himalajach Nepalu – 2 razy

Gasherbrum II (8035m) w Karakorum Pakistanu – 3 razy

Cho-Oyu (8201m) w Tybecie-2 razy

Nanga Parbat (8125m) Himalajach Pakistanu

Elbrus (5642m) w Kaukazie – 27 razy

Cotopaxi (5970m) w Ekwadorze – 2 razy

 

kontakt

strona: www.patagonia.com.pl

e-mail: wyprawy@patagonia,com.pl

kom: +48 500 274 716

 

Wszystkie fotografie pochodzą z prywatnego archiwum Ryszarda Pawłowskiego. W sprawie ewentualnego udostępnienia fotografii należy kontaktować się z ich autorem.

 

Dodaj komentarz