Relacja z wyprawy – Kazbek część 3

Bartłomiej i Jakub Bednarczyk zorganizowali w sierpniu ubiegłego roku wyprawę na dwa pięciotysięczniki w Kaukazie – Kazbek i Elbrus, my zaś mieliśmy przyjemność uczestniczyć w tym przedsięwzięciu jako patron medialny. Poniżej prezentujemy trzecią część relacji przygotowanej przez braci z ich z pobytu w Gruzji i z wejścia na górę Kazbek. Pierwszą część relacji możecie przeczytać TUTAJ, a druga znajduje się TU.

DZIEŃ 4 – 7 sierpnia – Poniedziałek – Kontynuacja

Ten dzień naszej wyprawy przeznaczyliśmy na przeniesienie biwaku z pod budynku byłej meteo stacji na wysokość ok. 3850 metrów n.p.m. Swoje schronienie rozstawiliśmy na gotowej platformie oddalonej o ok. 50 minut drogi od Bethlemi Hut. Zjedliśmy wczesny obiad, a raczej drugie śniadanie, pozostawiliśmy większość niepotrzebnych rzeczy, spakowaliśmy się już w małe, lekkie plecaki i o godzinie 10:40 ruszyliśmy na aklimatyzację, czyli proces mający na celu przyzwyczaić nasz organizm do przebywania na większej wysokości. Tak naprawdę w przypadku zdobywania góry Kazbek macie kilka różnych wariantów do wyboru, aby prawidłowo wykonać to zadanie. Wszystko zależy też od poziomu Waszego doświadczenia, możecie np. wybrać się także na pobliski szczyt. My wybraliśmy trasę, którą pokonamy w nocy, podczas ataku szczytowego. Ma to swoje dwa plusy, pierwszy jest taki, że aklimatyzacja będzie załatwiona prawidłowo, drugi rozpoznamy dobrze za dnia odcinek, który będziemy pokonywać przy świetle czołówek, co będzie wymagało już większego skupienia, a więc ta znajomość trasy będzie nie oceniona.

 Przejście, które wybraliśmy na aklimatyzację oraz początkowy etap ataku szczytowego przebiegało moreną boczną lodowca. Dlaczego akurat wybraliśmy takie rozwiązanie? Wpłynęło na to kilka rzeczy: w Internecie znaleźliśmy bardzo dokładne relacje i opisy tej części trasy oraz osoby, które pomagały nam przygotować wyprawę również pokonywały tą część, więc mieliśmy bardzo dobrze rozpracowany ten wariant i dużo o nim wiedzieliśmy. Jak to w życiu bywa na wszystko jest wiele rozwiązań i w tym wypadku także, można drogę od okolic czarnego krzyża pokonać wchodząc na lodowiec i cały czas nim podążać. Niestety tego odcinka drogi nie znamy i Wam go nie opiszemy. Przejście moreną boczną być może jest mniej wygodne, trafialiśmy ciągle na obsypujące się momenty ścieżki, elementy piargu, jednak wszystkie szczeliny boczne przy lodowcu były doskonale widoczne. Warto tutaj zwrócić uwagę na to, że lodowiec jest z boku częściowo pokryty nasypami i wydaje nam się, że czasem jesteśmy na ścieżce a właściwie pod spodem jest już lód. Trzeba uważać, gdyż łatwo o poślizgnięcie na tym podłożu, a wiadomo, że nie idziemy tutaj jeszcze w rakach.

Kolejną rzeczy z którą na pewno każdy zainteresowany wejściem na Kazbek miał styczność, to bombardujące kamieniami ściany na tym odcinku drogi. Dość dokładnie zaobserwowałem to zjawisko i mogę powiedzieć, że przy prawidłowym poruszaniu i prawidłowym prowadzeniu trasy szanse, że dostaniemy kamieniem są minimalne. Ściana z której faktycznie te kamienie się sypią, a sypią się ciągle to fakt, jest oddalona spory kawałek od ścieżki przejścia. Dodatkowo poruszając się po morenie bocznej byliśmy cały czas jakby na małym wzniesieniu, a więc zanim kamienie tu dolecą muszą pokonać małą nieckę, zagłębienie przed tym właśnie wzniesieniem.

Z moim obserwacji żaden kamień nie doleciał nawet do wypłaszczenia przed tą właśnie niecką, więc trasa jest bym powiedział bezpieczna, ale oczywiście należy na niej zachować wyjątkową uwagę, zresztą jak w górach – zawsze. Spotkaliśmy na tym odcinku ludzi, którzy szli po gruzowisku kamieni centralnie pod samą ścianą i szukali drogi, to jest właśnie sytuacja niebezpieczna i z pewnością brak jakiekolwiek przygotowania do góry. Zawróciliśmy ich z tego miejsca dość szybko i tylko szczęście im pomogło, że akurat nic się nie oberwało powyżej. Wnioskując, stać się może coś w przypadku wyboru nieprawidłowego przebiegu trasy.

Po pokonaniu moreny bocznej schodziliśmy już na mało stromy odcinek lodowca obsypany często małymi kamieniami. Przed nami pokazała się granica wiecznego śniegu i najbardziej wymagający uwagi odcinek lodowca. Fakt szczelin jest dość sporo, mniejsze i większe, kilka mostków śnieżnych. Czasami należy chwilę iść wzdłuż szczeliny, aby znaleźć pewne i bezpieczne przejście. Dotarliśmy na wysokość ok. 4300 metrów, obejrzeliśmy stan lodowca, wyraźny ślad w śniegu pokazywał drogę w kierunku śnieżnego plateau. Droga do tego miejsca zajęła nam dokładnie 2 godziny i 8 minut a pokonaliśmy prawie 400 metrów przewyższenia. Spędziliśmy tutaj wygrzewając się na słońcu ok. 40 minut i o godzinie 13:32 udaliśmy się z powrotem do naszego namiotu, droga w dół zajęło nam ok. godziny. Po przybyciu na miejsce przygotowaliśmy sprzęt i spakowaliśmy małe plecaki do nocnego ataku szczytowego. Dość wcześniej położyliśmy się spać i o dziwo udało się usnąć.

DROGA NA SZCZYT

DZIEŃ 5 – 8 sierpnia – Wtorek

PLATFORMA NAMIOTOWA (3850 m) – SZCZYT KAZBEK (5033 m) – Czas przejścia: 5:18 h

Całość: 6:24 h łącznie z przerwami
Dystans: 5,67 km
Pokonane przewyższenie: 1183 m

Nie pamiętam dokładnie o której godzinie wstaliśmy, nie jest to ważne, istotne, że to najważniejszy dzień podczas wyprawy i zdecydowanie nasz ulubiony. Szybkie ubieranie, kontrola plecaka i danie liofilizowane zaczynają nowy dzień po północy. Był już wtorek, piąty dzień wyprawy od wyruszenia z domu. Pogoda w prognozie idealna, potwierdza się to w pełnym gwiazd i bezchmurnym niebie. Uruchomiliśmy nasze czołówki i o godzinie 1:59 ruszyliśmy w kierunku szczytu. Na początku ruszamy spokojne, tak, aby stopniowo rozgrzać nasz organizm.

Przeszliśmy nocą trasę moreną boczną, orientacja nie sprawiła nam większych kłopotów, w dwóch lub może trzech miejscach zastanowiliśmy się nad przebiegiem ścieżki. Dość sprawie również pokonujemy lodowiec, o dziwno nawet po ciemku ten fragment minął bardzo szybko.

Jeszcze przed świtem mijamy znane plateau, gdzie niektóre ekipy postanawiają rozbić swój obóz. Jest to miejsce dobre dla osób np. ze słabszą kondycją, bowiem stąd na szczyt jest od 3 do 4 godzin w zależności od tempa chodzenia, z miejsca bliższego od szczytu mają największe szanse wejścia, po prostu całą drogę dzielą na więcej dni. Czasem to miejsce jest jednak dobrym wyborem, np. w sytuacji, gdy mamy krótkie okna w pogodzie i co za tym idzie, dość mało czasu na wejście na szczyt. Jeśli zdecydujecie się tutaj jednak rozstawić swój namiot pamiętajcie, że nie ma tutaj dostępu do wody i aby ją pozyskać do picia, czy przygotowania posiłków należy topić w tym celu śnieg.

Gdy minęliśmy plateau powoli nastaje „szarówka”, można było iść już bez czołówki. Droga powoli i delikatnie skręca w prawo, jakby łukiem. W ogóle atak szczytowy wygląda tak jakbyśmy otaczali górę i wchodzili na nią od tyłu, sprytne zaskakujemy ją. Na chwilowym wypłaszczeniu do pokonania mieliśmy kilka szczelin, z czego dwie wymagały energicznego przeskakiwania. Kilka drobniejszych pęknięć i wchodzimy już powoli do góry, na długi i dość monotonny trawers. Na jego początku na chwilę pojawiają się małe chmury z których przez minutę może dwie sypnęło śniegiem i niewielkim gradem. Sytuacja ta była nam dobrze znana z poprzednich dni, to zjawisko powtarzało się rano.

Zaczęło świtać, gdzieś na horyzoncie przez chmury przebijają się leniwie pierwsze promienie słońca. Widoki może nie powalają jak te z Alp, ale za to towarzyszy nam bardzo duża dawka energii, którą wykorzystujmy w drodze na szczyt. Trasa cały czas przebiegała stromo do góry, wyraźną ścieżką. Podążamy dalej, czuliśmy się świetnie fizycznie i nie odczuwaliśmy żadnych objawów spowodowanych rosnącą wysokością. W pewnym momencie spojrzałem na zegarek, a on wskazywał wysokość dokładnie taką, jaką rok temu osiągnęliśmy najwyżej.

Była to wysokość 4810 metrów n.p.m. czy dokładnie tyle, ile mierzy najwyższy szczyt całych Alp i Europy – Mont Blanc. W 2016 roku weszliśmy na Białą Górę i postanowiliśmy, że za rok przekroczymy wysokość 5000 metrów. Stojąc tą chwilę właśnie sobie o tym wszystkim przypomniałem, świetny moment. Pogoda cały czas dopisywała a słońce coraz mocniej ogrzewało stoki góry. Doszliśmy do sporej szczeliny, którą przeszliśmy bardzo szerokim mostem śnieżnym, a z lewej strony pokazała się przełęcz na którą się udaliśmy. Dojście do niej jedynie strome podchodzenie po śniegu. Nieco zygzakiem, by oszczędzić siły zameldowaliśmy się na owej przełęczy. Stąd było widać już ostatni etap podejścia, czyli strome na 45 – 50 % pole z momentami większego lub mniejszego oblodzenia. Odsłoniły się tutaj także ciekawsze widoki, zrobiliśmy kilka zdjęć, rozejrzeliśmy się dookoła i ruszyliśmy przejść ostatni odcinek przed szczytem.

Na tym stromym miejscu należy iść w pełnym skupieniu i uważać, aby się nie zachwiać i polecieć w dół. Jest tutaj naprawdę stromo i zsuwając się człowiek nabrałby bardzo dużej prędkości, czemu na pewno sprzyjało by zlodowacenie i twardszy śnieg. Droga do góry prowadzi logicznie zygzakiem od jednej strony do drugiej. Kontrolowaliśmy także w tym miejscu, czy ktoś wyżej nie znajduje się bezpośrednio nad nami. W zależności od godziny, jak i przy dobrej pogodzie może być tutaj kilka osób i ktoś obsuwając się na stoku może spowodować także Wasz upadek.

Na podejściu moment, który wywołuje wielki uśmiech na mojej Twarzy, to widok na tarczy mojego zegarka, wskazał on bowiem wysokość 5000 metrów n.p.m. Przekroczyliśmy nową granicę wysokości i za moment byliśmy już na szczycie Kazbek. Jeszcze kilka kroków do góry i stało się to, na co długo czekaliśmy. Godzina 8:22 i tutaj wyżej już nie pójdziemy, jesteśmy na szczycie Kazbek. Był to dla nas pierwszy zdobyty pięciotysięcznik!

Nie można było sobie wymarzyć lepszej pogody, praktycznie bezwietrznie, słońce, wczesna godzina. Na wierzchołku spędziliśmy aż ok. 40 minut. Wszystko jak najbardziej grało, więc można było sobie na to pozwolić. O godzinie 9:01 rozpoczęliśmy uważne zejście w dół. W tym czasie największa ilość osób dopiero podchodziła do góry więc dość często mijaliśmy się z różnymi osobami. Trasa w dół przebiegła bardzo sprawnie, było już bardzo ciepło więc schowaliśmy kurtki do plecaków. Do śnieżnego plateau dotarliśmy bardzo szybko.

Widać było dwa czy trzy namioty rozbite na lekkim spadzie terenu, więc to miejsce jest raczej rzadko wybierane na ostatni nocleg przed szczytem. Dotarliśmy do lodowca, który na skutek mocno operującego słońca robił się coraz bardziej mokry. Do namiotu dotarliśmy o godzinie 13:08. Zejście w dół ze szczytu zajęło nam 4 godziny i 7 minut. Cały atak szczytowy w obie strony trwał 11 godzin i 11 minut, uwzględniając w tym 40 minutowy pobyt na szczycie. Docierając do naszego schronienia byliśmy już bezpieczni, w tym miejscu możemy powiedzieć dopiero o udanym wejściu na szczyt.

DROGA W DÓŁ

Jeszcze tego samego dnia po spakowaniu wszystkich rzeczy, po godzinie 16 udajemy się kawałek drogi w dół. Wróciliśmy do budynku schroniska, co zajęło nam ok. 40 minut i tam rozłożyliśmy swój namiot. W godzinach wieczornym z okolic ławeczki przesłaliśmy wiadomości do najbliższych, którzy z niecierpliwością czekali na dobre wieści. Spędziliśmy tutaj noc z wtorku na środę.

DZIEŃ 6 – 9 sierpnia – Środa

Kolejny pogodny poranek, trafiła nam się wyjątkowa lampa przez cały pobyt w górach. Zwiedziliśmy wnętrze starego schroniska, zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy wszystkie rzeczy i złożyliśmy namiot. Czas na zejście do miasteczka, czas niestety opuścić już górę Kazbek. Ruszyliśmy o 9:37, najpierw ścieżką do lodowca Gergeti. Na zejściu mijaliśmy konie, które transportuję ciężkie bagaże górskich leniuszków, akurat podczas takiej wyprawy jest to kwestia własnego wyboru. Ładna pogoda pozwoliła nam sprawie przejść lodowcem i wrócić do cywilizacji. Ten odcinek drogi od budynku byłej meteo stacji do miasteczka Stepancminda, przy rzece Terek, ma długość 12,58 km. Po zejściu wynajęliśmy nocleg, w którym aktualnie była przerwa w dostawie wody, taka to Gruzja. Akurat ta sytuacja była bardzo na plus, bo zostawiliśmy tylko swoje rzeczy i udaliśmy się do centrum kosztować tutejszej kuchni, a tak zapewne po ciepłym prysznicu każdy położył by się spać.

DZIEŃ 7 – 10 sierpnia – Czwartek

To dzień spędzony w miasteczku. Pranie brudnych rzeczy, kręcenie się tutejszymi uliczkami i zakupy na dalszą części wyprawy zabrały kilka godzin. Do tego odebraliśmy z depozytu pozostawione tam rzeczy min. część żywności liofilizowanej przeznaczonej na wyjazd do Rosji. Dokupiliśmy także kartusze z gazem oraz umówiliśmy transport pod górę Elbrus, która była naszym kolejnym celem podczas całej wyprawy. I tak zakończył się pierwszy etap wyjazdu. O tym co doświadczyliśmy dalej napiszemy w kolejnych częściach relacji poświęconej najwyższemu szczytowi całego Kaukazu.

Kuba i Bartek, Mate Mountains