Relacja z wyprawy – Elbrus cz.1

Opis pobytu w Rosji jest kontynuacją całej relacji poświęconej wyprawie w góry Kaukazu, którą zorganizowali wspólnie bracia:  Jakub i Bartłomiej Bednarczyk. Zbliżają się wakacje, większość osób już dawno zaplanowała swoje tegoroczne wyprawy, a obecny czas to z pewnością intensywne przygotowania. Jeśli więc ktoś z Was zdecydował się na górę Elbrus z pewnością znajdzie coś dla siebie w poniższej relacji. Zapraszamy do przeczytania.

 

7 DZIEŃ WYPRAWY – 10 sierpnia – Czwartek – Kontynuacja

Jak wiele zależy w górach od dobrej pogody przekonał się już nie jeden alpinista. Czasami długie i solidne przygotowania pochłaniające dużo wolnego czasu na nic się zdają, gdy natura mówi nam – nie. I chodź byśmy czasami stawali na głowie, to nie możemy nic zrobić. Na szczęście warunki tym razem dopisały nam idealnie. Pięć dni prawdziwej górskiej lampy, tak właśnie określamy w górach bezchmurne, błękitne niebo z ciągle uśmiechającym się do nas słońcem. Choć nie jestem zwolennikiem dorabiania różnych ideologii, to można śmiało powiedzieć, że mieliśmy szczęście, fart czy, jak to różnie zwiemy. W górach na pewno trzeba go trochę mieć, szczególnie do warunków jakie będą panować w wybranym przez nas odpowiednio wcześniej terminie wyprawy. Góra Kazbek gościła nas ciągle napływającymi, z góry ciepłymi promieniami. Dzięki temu sprawnie uporaliśmy się z drogą na jej szczyt. Pierwszy etap naszego projektu w górach Kaukazu dobiegł końca. Jak zakończyła się droga na szczyt pierwszego pięciotysięcznika pisaliśmy w ostatniej i trzeciej części poświęconej Gruzji:

Relacja z wyprawy – Kazbek część 3

 

Pora na drugą część wyprawy podczas naszego pobytu w Gruzji i Rosji. W ostatnim zapisie opowiadającym o górze Kazbek wspomnieliśmy, że udaliśmy się na zakupy. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie ilość produktów, które wylądowały w naszym koszyku. Czas, który pozostawał na wejście na górę Elbrus, dawał nam wewnętrzny spokój. Mogliśmy tam przebywać aż osiem dni, to bardzo długo jak na tak łatwą górę. Pierwsze prognozy nie były zbyt optymistyczne, stąd decyzja o większych zakupach i ewentualny plan długiego oczekiwania. Zgodnie stwierdziliśmy, że siedzimy do samego końca wyjazdu. Najwyższy szczyt całego Kaukazu pomimo górującej nad innymi szczytami wysokości nie przedstawia większych trudności technicznych. Częstym problemem na jaki natrafia spora ilość alpinistów, to krzyżujące plany warunki pogodowe. Wybitność szczytu ponad otaczające go wierzchołki powoduje, że jest on mocno narażony na silne wiatry , mgły, brak widoczności oraz załamania warunków panujących na tej wysokości. Nasza radość z możliwości spokojnego oczekiwania na właściwy dzień była duża, stąd decyzja o zapakowaniu sporej ilości zapasów do plecaków. W gruzińskim sklepiku zakupiliśmy wszystko co potrzebne, aby móc funkcjonować do końca wyjazdu. Czwartkowy wieczór minął nam głównie na pakowaniu się do wyjazdu do Rosji.

 

INFORMACJE OGÓLNE

ELBRUS – zwany również górą szczęścia, to najwyższy szczyt Rosji oraz całego Kaukazu, mierzący 5642   m n.p.m. Tak jak Kazbek jest wygasłym wulkanem.

Posiada dwa wierzchołki, wschodni niższy i zachodni będący najwyższym punktem całej góry. Położony jest przy granicy z Gruzją w rejonie  Kabardo-Bałkarii w Rosji. Postawienie stopy na tym szczycie jest ważne dla osób zdobywających Koronę Ziemi, popularny obecnie górski projekt, który polega na osiągnięciu najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Wejście na wierzchołek jest dość łatwe, i niestety często zlekceważone. Góra Elbrus słynie z często zmieniającej się i kapryśnej pogody, przy dużym zamgleniu i małej widoczności występują tam duże problemy orientacyjne na rozległych śnieżnych polach.

 

8 DZIEŃ WYPRAWY – 11 sierpnia – Piątek

Jak dobrze obudzić się z myślami o nadchodzącej przygodzie. Busy, które miały zawieść nas docelowo do Azau, czekały na nas o godzinie 7 rano w pobliżu głównego placu w miasteczku Stepancminda.

KILKA FORMALNOŚCI

Odległość pomiędzy miasteczkiem Stepancminda, a granicą z Rosją to 12 kilometrów. Droga, którą zmierzaliśmy w kierunku przejścia granicznego wiedzie wzdłuż rzeki Terek, wjazd do kraju wielkich kontrastów możliwy jest tylko z wizą wydawaną na określony czas pobytu. Przejazd przez granicę to strata około dwóch godzin przynajmniej w naszym przypadku. W stronę przejścia granicznego tradycyjny korek, dodatkowo nasze paszporty leżały w budce celnika i czekały nie wiadomo na co. Ważne, aby pamiętać o przestawieniu swoich zegarków na godzinę do tyłu w stosunku do czasu Gruzińskiego.       Na granicy zameldowaliśmy się o godzinie 8 rano, a więc w Rosji była dopiero 7. Początkowo zatrzymaliśmy się na chwilę we Władykaukazie, gdzie nabyliśmy tutejsze ruble. Ruszyliśmy dalej w drogę, którą skutecznie spowolniły patrole tutejszej milicji, tu jedna scena zapadła mi w pamięć i mogłaby być idealnym aktem do filmu. Do busa wolnym krokiem zmierzał otyły, trzymający w ustach papierosa milicjant ubrany nieschludnie w wielką białą koszulę. Otworzył drzwi i  zadał pytanie co robimy w Rosji, nasz kierowca odparł, że my nie mówimy po rosyjsku, na to oburzony milicjant rzucił: No jak to?! Przyjeżdżają do Rosji i nie mówią po rosyjsku? Po czym zasunął drzwi i resztę formalności dokończył z naszym przewoźnikiem.  Na szczęście obyło się bez szczegółowej kontroli naszych, ciasno zapakowanych plecaków. Kolejnym postojem był styk prawdopodobnie republik, coś na zasadzie naszej granicy województwa: zablokowany przejazd, wojsko z bronią, wszędzie drut kolczasty, a wzdłuż drogi położone były betonowe i metalowe krzyże przypominające obrazem, te na plaży Omaha w Normandii. Był to swojego rodzaju punkt kontrolny, w którym poza okazaniem paszportów, nie do końca wiedzieliśmy o co chodzi. W dalszym etapie podróży jeszcze raz zatrzymała nas milicja, lecz  tym razem wszystko przebiegło bardzo sprawnie. Osobiście nie wyobrażam sobie jazdy swoim samochodem w tym kraju, w dodatku z obcymi tablicami rejestracyjnymi. Po przejechaniu 282 kilometrów dotarliśmy do Azau, stąd mieliśmy od razu ruszyć w góry, jednak nasze plany pokrzyżowała pogoda.

Azau to mały zakątek turystyczny w którym kończy się droga asfaltowa – A158, prowadząca z miejscowości Terskol. Znajdziecie tutaj sklepy spożywcze, restauracje, bary, hotele, wyciąg kolejki oraz z pewnością poczujecie zapach pieczonych na dworze szaszłyków. Tutaj właśnie zaczynała się nasza piesza wędrówka ku szczytowi Elbrus.

Początkowym celem tego dnia było dotarcie do tzw. beczek, które kojarzy chyba każdy, kto interesował się górą Elbrus. Stoją na małym wzniesieniu, a pomalowane są w barwy flagi rosyjskiej. W środku są wykończone i można w nich spędzić noc.

Pełnią rolę górskiego hotelu i znajdują się na wysokość około 3600 metrów. Początkowo planowaliśmy rozstawienie namiotu w tej okolicy, jednak coraz bardziej wyraźne grzmoty zatrzymały nas do wyklarowania się sytuacji z pogodą.

Czekaliśmy ponad godzinę, aż ustaną opady i na niebie pojawią się pierwsze przejaśnienia. Gdy pogoda zaczęła się do nas uśmiechać pełni entuzjazmu postanowiliśmy ruszyć w drogę, niestety nasza radość szybko została stłamszona przez głośne, wyraźne odgłosy dobiegające z czarnych i nieprzyjemnych chmur, które oznaczały nadejście kolejnych burz. Nasze wyjście przełożyliśmy na drugi dzień,  a wieczór i noc spędziliśmy w lokalnej kwaterze.

 

9 DZIEŃ WYPRAWY – 12 sierpnia – Sobota

AZAU polana – 2369 m n.p.m. – GARABASZI (BECZKI) – 3685 m n.p.m. – Dystans: 5,64 km

Czas przejścia: 3:44 h

Pokonane przewyższenie: 1316 m

 

Drugiego dnia pobytu w Rosji pogoda daje nam zielone światło. W końcu! Wyruszyliśmy dokładnie o 5:17 oczywiście pieszo, z daleka omijając tutejsze wyciągi i kolejki. Plecaki dawały znać o sobie, a jedzenie kupione na kilkudniowe, awaryjne oczekiwanie na dobrą pogodę ważyło nie mało. Ścieżka, którą początkowo zmierzaliśmy i zyskiwaliśmy kolejne metry ku szczytowi, jest tak wyraźna i szeroka, że nie sposób się tutaj zgubić. Po drodze mijaliśmy kolejne stacje kolejki, którymi można wjechać na pewną wysokość. Właściwie do samym beczek nie działo się nic ciekawego. Gdy dotarliśmy do beczek zrobiliśmy postój na obiad, oczywiście w postaci liofilizatów.  Miejsce to ma nie wiele wspólnego z górskim, nieskazitelnym krajobrazem, niestety komercja jaka tu się wdarła widoczna jest na każdym kroku. Do tego dochodzą jeszcze jeżdżące ratraki wywożące wyżej większe grupy zorganizowane, wszechobecny smród paliwa i śmieci powodują, że Elbrus jest górą na, którą się wchodzi i więcej nie wraca. Zaburzony jest tutaj cały klimat jaki powinien panować w wysokich górach. Oczywiście wynika to z tego, że Elbrus jest najwyższym szczytem Rosji, całego Kaukazu i do tego należy do Korony Ziemi.

Popularność góry jest bardzo duża, do tego droga na jej szczyt dość prosta, więc w sezonie tłumy gwarantowane. Same widoki z trasy są naprawdę bardzo ciekawe, i gdyby nie chęć ucywilizowania góry, było by tutaj zupełnie inaczej.

GARABASZI (BECZKI) – 3685 m n.p.m. – PLATFORMA NAMIOTOWA – 4120 m. n.p.m.

Dystans: 2,27 km

Czas przejścia: 1:37 h

Pokonane przewyższenie: 435 m

 

Po godzinie 11 opuściliśmy bazę główną pod górą Elbrus i udaliśmy się w dalszą drogę. Na wysokości ok. 3850 metrów nasze buty po raz pierwszy dotknęły śniegu w drodze na szczyt, od tego momentu trasa prowadziła cały czas prosto, coraz bardziej stromo.

Szliśmy już po śnieżnym terenie, a sam kierunek  i tak oczywistego marszu potwierdzały odbite w śniegu ślady pojazdów, które transportują tych, którzy nie mają w sobie na tyle motywacji, aby zrobić to siłą własnych mięśni. Naszym celem było znalezienie dogodnego miejsca do rozbicia namiotu, z którego kolejnego dnia zaatakujemy szczyt. Miejsca spokojnego i oddalonego od tego całego chaosu.

Znaleźliśmy odpowiednie wzniesienie, zaraz za ruinami starego schronienia Priut11. Było tutaj dość miejsca na sporo namiotów oraz gotowe platformy położone na skałach. O dziwo cicho i spokojnie, dosłownie kilka małych domków, jak widać większość osób pozostaje niżej. Mocno operujące słońce spowodowało, że w wielu miejscach gromadziła się woda po topniejącym śniegu. Ostatecznie osiągnęliśmy wysokość 4120 metrów. Kaukaski kolos przypomniał o sobie na samym wstępie. Szybko rozwijająca się burza z opadami śniegu i silnym wiatrem skutecznie utrudniała nam rozbicie schronienia. Sypało i sypało, dopiero wieczorem wszystko ucichło i można było podziwiać piękny widok na pasmo Kaukazu. W pobliżu naszego biwaku, w lodowcu płynęła woda, topienie śniegu mieliśmy z głowy, bo należało ją tylko przegotować.

Tak minął pierwszy dzień na stokach Góry Światła, bo tak niektórzy mawiają na najwyższy szczyt Kaukazu. Podsumowując zrobiliśmy łącznie 1751 metrów przewyższenia. Jak zaskoczyło nas, zbyt wczesne załamanie pogody, jakie komplikacje napotkaliśmy przy powrocie do Gruzji oraz pomoc jaką otrzymaliśmy od Rosjan, dowiedziecie się w drugiej i ostatniej części relacji z całego wyjazdu.

 

Kuba i Bartek, Mate Mountains