Czapkins i „jego” Nanga

Nanga Parbat stała się w tym roku górą wielkiego sukcesu. Moro, Txikon, Sadpara i Lunger dokonali wielkiej rzeczy wchodząc na ten szczyt jako pierwsi w porze zimowej.  W mediach związanych z tematyką górską (i nie tylko) posypały się gratulacje, wyrazy uznania i szacunku, niemal każdy miłośnik himalaizmu mógł podzielić się swoją radością ze wspinaczami, chociażby poprzez zamieszczenie komentarzy w postach na oficjalnych profilach zdobywców.

Wydawało się jednak, że emocje związane z karuzelą wyprawową jakiś czas temu już opadły.  Niestety w ostatnich dniach rzuca mi się w oczy bardzo przykre zjawisko. Otóż wśród reprezentantów naszego kraju, którzy brali udział w walce o szczyt pojawił się ktoś, kto kwestionuje sukces międzynarodowej wyprawy, uznając ją za jedno wielkie oszustwo. Nie trudno się domyślić, że chodzi o „rycerza spod Nanga Parbat”, Tomka Mackiewicza.

Kiedy na Nandze zaczęły się wykruszać polskie akcenty (rezygnacja z wyjazdu przez Janusza Gołąba, szybki powrót do domu wyprawy Nanga Revolution, koniec wyprawy Nanga Dream) na placu boju pozostał już tylko popularny Czapkins. Wszyscy trzymaliśmy za niego mocno kciuki, kiedy dowiadywaliśmy się, że wraz z Eli Revol mają szanse na rozpoczęcie ataku szczytowego. Nasze wsparcie w stronę Polaka było tym większe, że z Nanga Parbat zmagał się już któryś raz z rzędu i samo się cisnęło na usta, by powiedzieć, że zimowa Nanga nikomu nie należy się tak bardzo, jak właśnie Mackiewiczowi. Jednak ta sztuka nigdy mu się nie udała i nadszedł moment, w którym definitywnie pożegnał się z górą, a jak sam twierdził, prawdopodobnie w ogóle z himalaizmem.

Kiedy wyprawa Txikona postawiła kropkę nad „i” i otwarły się szampany, Mackiewicz był jedną z pierwszych osób, które wejście zakwestionowały. Czapkins sugerował się początkowo odczytami z GPS, które były dla niego niepodważalnym dowodem na oszustwo (faktycznie śledząc wskazania GPS w sieci, można było odnieść wrażenie ze zespół Txikona do szczytu nie dotarł). Później, kiedy sprawa GPS została sensownie wyjaśniona pojawiły się zdjęcia szczytowe, które wydawało by się wystarczająco zamkną usta niedowiarkom. I tak też się podziało …ale nie w przypadku Mackiewicza, który dalej brnął w kierunku prób udowadniania, że wyprawa na szczycie nie stanęła. Zdjęcia uznał za niewystarczające, a kiedy w internetowej dyskusji jego „lekko” zdegustowani już fani udowadniali mu, że jest w błędzie, zaczął sugerować, że zdjęcia mogą być sfałszowane, albo zwyczajnie autorstwa innego zdobywcy góry. Ostatecznie Mackiewicz stwierdził, że czeka jeszcze na film, który będzie ostatecznym dowodem matactwa ze strony Txikona i jego gangu.

Sam przez jakiś czas ulegałem tej otoczce jaką Czapkins wytworzył wokół siebie. Może nie należałem do grupy jego zagorzałych psychofanów (myślę, że istnieją takowi), ale wierzyłem, że jest człowiekiem bardzo oryginalnym, człowiekiem honoru, a jego szczerość jest taką prawdziwą szczerością,  co do której ciężko mieć wątpliwości. Ostatnie dni pokazują jednak, że trochę dałem się nabrać na cały ten teatr jednego aktora, który nie potrafi oddać zasłużonego pokłonu swojemu „przeciwnikowi”. Który podburza środowisko przypinając łatki oszustów tym, którzy osiągnęli sukces. Najbardziej oberwało się Simone Moro. Zapewne wynika to z niechęci jednego pana do drugiego i z faktu, że Włoch kiedyś już wykręcił numer związany z „wejściem bez wejścia”.

Szkoda, że w ogóle panuje ostatnimi czasy moda na wylewanie do opinii publicznej spraw, które powinny swoje rozstrzygnięcie mieć tam, w bazach, w górach wysokich. Niemniej jednak zastanawiam się czy właśnie ten nasz polski Czapkins jest wobec nas w porządku. Mam tu na myśli zbiórki finansowe na portalach crowdfundingowych, które zdawały się nie mieć końca,  a w których sam brałem udział. Zastanawia mnie co zrobił Tomasz z tymi pieniędzmi, bo do tej pory swoim fundatorom tego nie opisał, a pojawiały się często pytania internatów w tym temacie. Wygląda na to, że Czapkins dalej walczy o kasę sprzedając rzeczy, które otrzymał od sponsorów technicznych swoich wypraw. Nie chce, by ten cały tekst wybrzmiał niczym atak na Mackiewicza, ale najzwyczajniej w świecie uważam, że zachowuje się nie fair wobec bądź co bądź kolegów z „branży”, jak i wobec tych, którzy szczerze wspierali go w jego kilkuletniej walce o zimowy prym na Nanga Parbat. Kto wie, może w koniec końców doczekamy się jakiegoś wyjaśnienia w tychże kwestiach, bo jak na razie to, czym zajmuje się Czapkins, to wytwarzanie swego rodzaju zasłony dymnej nad nim samym.

Bartek Andrzejewski

Dodaj komentarz