Arek Ceremuga – uzależniony od tatrzańskich grani

Góry są jak potężny elektromagnes. Kiedy już kogoś przyciągną, nie odpuszczają przez wiele lat, albo nawet przez całe życie. Górskie wędrówki można też traktować jako formę nałogu, z tym, że słowo nałóg nie będzie w tym przypadkiem określeniem pejoratywnym.

Są ludzie, dla których góry są areną spełnienia marzeń. Dla innych zaś obcowanie z górską przyrodą będzie najlepszą formą wypoczynku i możliwością do spotkania się z samym sobą. Jeszcze inni w górach będą się sprawdzać, walczyć o swoje ambitne cele. Niektórzy w tym pojedynku będą zwycięzcami, inni w górach pozostaną na zawsze.

Gdy obejrzałem jeden z pierwszych filmów Arka Ceremugi, byłem nieco zmieszany. Z jednej strony imponował mi odwagą i jakością nagranego materiału. Na drugim biegunie moich wrażeń znalazło się miejsce na negatywną ocenę jego poczynań, które uznałem za ryzykowne, zachęcające innych do niebezpiecznego zachowania w górach. Wtedy jednak nie znałem Arka i jego historii, co sprawiło, że niesprawiedliwie go skategoryzowałem. Dziś zapraszam Was do przeczytania rozmowy, którą odbyłem z członkiem 8a Team, krótko po jego powrocie z Matterhornu.

Bartek Andrzejewski: Poprzez publikację serii nagrań zapisanych podczas Twoich ekstremalnych tatrzańskich wędrówek pozaszlakowych, wywołałeś duże zainteresowanie swoją osobą. Tyczy się to nie tylko mediów społecznościowych, ale środowiska górskiego w ogóle. Spodziewałeś się takiego obrotu wydarzeń?

Arek Ceremuga: Cieszy mnie fakt, że innym podoba się moja aktywność. Ale czy spodziewałem się tak dużego zainteresowania? Może pokrótce przedstawię, jak to wyglądało z mojej perspektywy. Wiem, że niektóre nagrania mogą odbiegać normą od innych tatrzańskich filmów nagrywanych w podobnym stylu. Jednak nigdy nie robiłem tego, by wzbudzić zainteresowanie swoją osobą.  Do dziś po każdym powrocie z gór przeglądam materiał, który nagrałem. Staram się wyciągnąć z filmów przede wszystkim coś dla siebie. Te nagrania są też dla mnie formą pamiątki z udanej wycieczki. Ujęcia, muzyka, wszystko odzwierciedla moje samopoczucie na grani. Później, jeśli uznam, że warto taki film opublikować i pokazać innym, zamieszczam go na swoim fanpage’u. Chcę w ten sposób podzielić się z ludźmi czymś, co dla wielu z nich jest nieosiągalne.  Na ogół jestem introwertykiem i staram się nie skupiać uwagi na rozgłosie moich działań, a na samych działaniach i przeżywaniu tego, co robię. To dla mnie forma aktywnego wypoczynku. Zdecydowanie jest tak, że to na grani odpoczywam i świetnie się czuje.

B.A.: Poza swoim profilem na Facebook, jesteś również administratorem grup tematycznych: Tatry-poza szlakiem i Alpy-poza szlakiem. W jakim celu je utworzyłeś?

A.C.: Gdy zaczynałem przygodę poza szlakiem, zdarzało się wiele sytuacji, które mnie ograniczały lub stwarzały niebezpieczne okoliczności wynikające z niewiedzy i złego planowania trasy. Najczęściej poruszałem się w górach samotnie, bo nie znałem jeszcze ludzi lubiących tatrzańskie eskapady. Większość grani i szczytów zdobyłem i przemierzyłem sam. Najtrudniej było mi wybrać drogę, by przemieszczać się we właściwym kierunku. Ciężko było mi znaleźć rzetelne informacje na temat doboru odpowiednich wariantów. Na grupach, które założyłem, ich członkowie mają możliwość bezpośredniego komunikowania się ze sobą. Mogą wymienić się informacjami dotyczącymi chociażby tego, z jakich przewodników korzystać, mogą podglądać poczynania innych członków grupy. Każdy może wymienić się poglądami i zainteresować swoją wycieczką inne osoby. Jedni drugim mogą pomagać.  Nim zacząłem się wspierać kontaktami z innymi ludźmi, często poruszałem się w górach intuicyjnie, można nawet powiedzieć, że w ciemno. Co do samych grup, to staram się je również odpowiednio moderować, by nie propagować zachowań niebezpiecznych.

B.A.: W jaki sposób odnalazłeś swą pasję do górskich wędrówek? Co miało na to największy wpływ?

A.C.: Tatry od zawsze znajdowały się w zasięgu mojego wzroku.  Urodziłem się niedaleko od najwyższych polskich gór, nieustannie robią i robiły one na mnie duże wrażenie. Od czasów dzieciństwa jestem aktywny pod kątem sportowym. Po ukończeniu szkoły przyszedł czas na pracę, zaś ostatnich 10 lat praktycznie w całości poświęciłem swojej firmie. W końcu nadszedł moment, w którym naprawdę potrzebowałem odpoczynku, relaksu z dala od obowiązków, szukałem wewnętrznego wyciszenia.  Te wszystkie rzeczy szybko znalazłem w Tatrach. Gdy zdobywałem nowy wierzchołek, rozglądałem się za kolejnym i wyznaczałem sobie nowy cel. Szybko zorientowałem się, że zdobywanie szczytów pojedynczo, jest zbyt czasochłonne i musiałem zmodernizować sposób poruszania się po górach. Idealne do tego były wędrówki graniami.

B.A.: Uprawiałeś wspinaczkę? Miałeś, a może w dalszym ciągu masz sprawdzone metody przygotowywania się do tego typu górskiej działalności?

A.C.: Nie uprawiałem typowej wspinaczki, ale ogólnie jestem bardzo dobrze przygotowany fizycznie i wytrzymałościowo pod kątem takiej aktywności.  Sądzę, że dobrze „czuję” góry, a w ich pokonywaniu nie zawodzi mnie intuicja. Zwracam na to szczególną uwagę, ponieważ rzeczą podstawową są przyjemność i satysfakcja wynikające z mojej aktywności. Bez przygotowania fizycznego nie osiągną bym tego celu. Zaś podczas przejść solowych najważniejsza ze wszystkiego jest po prostu głowa. Dziś z przyjemnością wracam do pierwszego „solowania” na grani Wideł od Kieżmarskiego Szczytu po Łomnicę. Dokonałem tego w czasie poniżej 1:30h bez użycia liny. Ekspozycja i trudności są tam znaczne, umysł musi sobie zatem poradzić z ciałem, bodźcami i myślami, które są śmiertelnie niebezpieczne, gdy oddaje się im władzę. Nie da się tych elementów odłączyć.  Nie szukam też emocji w konkurowaniu z kimkolwiek.  Skupiam się raczej na tym, że pokonując trudności, pokonuję swoje słabości. Lubię bardzo ten stan umysłu i poziom skupienia.

B.A.: Wiele osób zachwyca się Twoimi górskimi przejściami, ale są również ludzie, którzy określają Cię mianem ryzykanta i człowieka, który zachęca ludzi do robienia rzeczy niebezpiecznych? Co możesz powiedzieć na ten temat?

A.C.: Zgadzam się z tym, że ludzie mogą różnie interpretować moje poczynania.  Jednak często bierze się to z niewiedzy i braku praktyki w tym zakresie. Często też brak zrozumienia równa się z dezaprobatą.  Mogę zapewnić, że nie szukam ryzyka i staram się maksymalnie unikać zagrożeń. Nie szukam nawet jakiegoś szczególnego zastrzyku adrenaliny. Wspinając się w takim, a nie innym stylu po prostu dobrze się czuję. A góry… są po to, żeby je zdobywać.

B.A.: Ostatnio zaprezentowałeś na swoim profilu Facebook materiał z wyprawy na Matterhorn. Możemy się spodziewać, że będziesz działał w Alpach częściej?

A.C.: Chciałbym, ale to wiąże się z poświęceniem większej ilości czasu.  Na obecną chwilę mam znów sporo obowiązków zawodowych, które zapewniają mi środki na, co by nie mówić, dość drogie hobby. Nie mogę też jeździć w góry kosztem pracy i rodziny.

B.A.: A czym zajmujesz się, kiedy nie przebywasz w górach? Poza pracą podejmujesz się jeszcze innych aktywności?

A.C.: Lubię biegać po górach, szczególnie w Gorcach. Najczęściej wbiegam na Luboń Wielki i Turbacz. Ale ostatnio bardzo zainteresowałem się MTB. Są to aktywności dobre na podtrzymanie kondycji, dzięki nim mój zasięg w górach stale się powiększa. Ostre zjazdy kamienistymi szlakami generują dużo endorfin. Zimą zaś dochodzą narty i snowboard. W tych przypadkach zdecydowanie lubię prędkość i jazdę na krawędzi. Do tego wszystkiego staram się regularnie uczęszczać na pływalnię.

B.A.: Marzy Ci się wspinaczka na graniach położonych zdecydowanie wyżej niż Tatry czy Alpy? Mam na myśli góry Azji: Pamir, Karakorum, Himalaje.

A.C.: Nie marzę o tym, co nie jest w moim zasięgu. Wyznaczam sobie cele, które mogę osiągnąć, choć oczywiście zawsze do nich coś dokładam. Daje mi to satysfakcję i spełnienie, umysł gotowy jest wtedy na większe wyzwania. Jednak wyjazdy w góry wysokie są kosztowne i komplikują pracę zawodową. Gdyby moja praca wiązała się z pokonywaniem nowych wyzwań, to bardzo chętnie bym się tego podejmował.

B.A.: Wracając jeszcze do tatrzańskich wędrówek, jakiej rady udzieliłbyś osobie, której nie wystarczają już turystyczne wędrówki znakowanymi ścieżkami i chce pójść o krok dalej?

A.C.: Kiedyś wydawało mi się to o wiele prostsze, bo nie zdawałem sobie sprawy z wielu zagrożeń. Na pewno należy starać się działać odpowiedzialnie i dobrze mierzyć siły na zamiary. Tatry są stosunkowo małymi górami, ale bardzo niebezpiecznymi. Ja podchodzę do gór z pokorą zarówno latem, jak i zimą. Obserwuję na bieżąco warunki, aby wybrać te najbardziej korzystne. To bardzo ważne, szczególnie właśnie zimą. Należy pamiętać, że zawsze warto skorzystać z usług wykwalifikowanych przewodników. Wtedy redukujemy niebezpieczeństwo do minimum i nabieramy niezbędnych do poruszania się w górach wiedzy i doświadczenia.

Bartek Andrzejewski

fot. arch. Arka Ceremugi